Stróżuś

mask

W ogóle biednym ludziom niewiele potrzeba do trzymania duchowej równowagi, pomyślałam przechadzając się pobliskim cmentarzem. Osobliwe miejsce na spacery. Niektórych koi szum morza, innych szelest leśnych liści czy odgłos górskiego strumyka. Ja lubię spacerować wśród miejscowych mogił. Obserwuję napisy nagrobne, gdzie w kilku słowach ujęte jest podsumowanie czyjegoś życia: „Kochający ojciec, mąż, brat.” Wśród tych wędrówek uwagę moją niezmiennie przykuwa zwłaszcza jeden maleńki grób, na którym wśród codziennie świeżych kwiatów siedzi dziwne, szmaciane stworzonko. Długie zielone uszy, zwisające z brązowej, niekształtnej kulki spełniającej zadanie twarzy. Z niej spoglądają dwa guziki: mały kremowy i nieco większy czerwony. Funkcję nosa spełnia pomponik, który kiedyś wesoło podrygiwał przy dziecięcej czapce. Usta wyszyte z bordowej niteczki układają się w przyjazny uśmiech, cały jednak wyraz twarzy tej niecodziennej istoty jest dość niespotykany i trudny do wyrażenia w słowach. Tułów wykonany jest z puszystego, kolorowego materiału, przypominającego kudłatą tęczę. Zwisają z niego cztery brązowe łapki(wykonane z tego samego materiału, co twarz tego niecodziennego dziwadła). Nie trzeba mieć wrażliwego gustu estetycznego, by stwierdzić, że maskotka ta jest po prostu brzydka. Jest w niej jednak coś, co nie pozwala oderwać wzroku. Bije od niej jakaś tajemnicza siła, przyciągająca i przygnębiająca jednocześnie. Ta dziecięca zabawka stała się bowiem trzy miesiące temu ważnym członkiem pewnej rodziny…

Rodzina ta była już wtedy zubożała o zmarłego cztery lata wcześniej Tadeusza- męża Natalii. Żyła więc ona ze swoją córką Marysią w niewielkim, skromnym pokoiku na poddaszu. Sześcioletnia dziewczynka była małą, energiczną istotką. Wszędzie było jej pełno i całą swoją osobowością wypełniała pustkę, jaka pozostała w sercu Natalii po śmierci męża. Kochała więc Marysię za dwóch, na co dziewczynka nie pozostawała dłużna. Żyły ubogo, ale było im razem dobrze.

W grudniu iskierka energii dziewczynki została jednak zdmuchnięta przez srogi podmuch zimy. Marysia zachorowała. Matka pracująca jako szwaczka nie zarabiała wystarczająco dużo, by zapewnić potrzebne lekarstwa, zdrowe jedzenie czy po prostu opał, który utrzymywałby mieszkanie w odpowiedniej temperaturze. Dlatego zaczęła dłużej zostawać w pracy, by jej ukochana córeczka mogła wrócić do zdrowia. Marysia źle znosiła chorobę, a jej nastrój potęgowała doskwierająca jej samotność.

– Nie zostawiaj mnie samej mamo, już jestem prawie zdrowa, nie musisz tyle pracować. Zobacz, pocałowałaś mnie w czółko i już mi lepiej!

Przekonywała słabiutkim głosem, w którym pobrzękiwał cień dawnego zapału.

Któregoś dnia Natalia wróciła z pracy z workiem pełnym różnokolorowych szmatek.

– Marysiu, zrobię dla ciebie przyjaciela, który będzie się tobą opiekował, gdy będę w pracy.

I tak podczas czułej rozmowy matki z córką zrodził się Stróżuś.

– Cześć. Zostaniesz moim Stróżusiem?

Spytała pluszaka Marysia i tak już zostało.

Odtąd Stóżuś stał się prawdziwym Aniołem Stróżem chorego dziecka. Trzymał ją za rączkę, gdy nie mogła robić tego matka, opowiadał jej niesamowite historie oraz wysłuchiwał jej trosk. Tak dotrwali do marca. Natalia, Marysia i Stóżuś. Marzec przyniósł zapach wiosny i nadzieję. Natalia częściej się uśmiechała, dostrzegając poprawę nastroju córki. Ta nadal nie wstawała z łóżka, ale wrócił jej dawny humor.

– Wiesz mamo? (zaczęła któregoś dnia córka) Stóżuś opowiadał mi o takiej pięknej krainie, gdzie są takie fantastyczne potwory, ale to są dobre potwory! Wszyscy są tam dobrzy i szczęśliwi.

Natalia z przyjemnością wysłuchiwała gaworzenia córki, uśmiechając się to do niej, to do maskotki, którą sama powołała do życia swoją miłością, a która teraz sprawiała córce tyle radości. Był to jeden z ostatnich szczęśliwych dni w życiu Natalii oraz jeden z ostatnich dni życia Marysi.

Odeszła cichutko w objęciach zrozpaczonej matki, ściskając w swoich słabych rączkach maskotkę, która podarowała jej trochę jasności w ostatnich chwilach życia. Teraz Stróżuś czuwa przy jej maleńkim grobie, który codziennie odwiedza matka. I to jej zwierzeń wysłuchuje, opowiadając cudowne historie o krainie, w której znajduje się teraz Marysia…

 

Spoglądam i ja na cudacznego stwora i już wiem, jaka tajemnicza siła się za nim kryje. To prawdziwa miłość matki i córki, zapisana w jego miłym uśmiechu i zaniepokojonych oczach. Uczucie bezgraniczne, szczere, bezwarunkowe i potężne. Czy silniejsze niż śmierć? Czy Stróżuś przyjdzie kiedyś i po Natalię, by zaprowadzić ją do wiecznej krainy, gdzie żyją tylko dobre potwory? Odwzajemniam uśmiech przez łzy, przyklękam nad maleńkim grobem i z nadzieją szepczę: „Aniele Boży, stróżu mój…”