Pasażerowie linii 222 przystanek I)

 

patka1
Ilustracja autorstwa Patrycji Bździuch

Kiedy wsiadłam, ona jak zwykle już była. Szary, ciepły płaszcz, niedbale owinięty szal, brązowe włosy wystające spod wełnianej czapki. Chude dłonie, z długimi kościstymi palcami, paznokcie z poodpryskiwanym lakierem w kolorze czerwonym. Na oko mogła mieć około trzydziestu paru lat. Choć sama czuła się na znacznie więcej.

Tylko koloru oczu nie mogłam dostrzec. Te jak zwykle wpatrzone w rzędy znaków, stojących na baczność przed jej wzrokiem. Książka rozłożona na kolanach lub trzymana w dłoniach przed nosem, była nieodłącznym elementem jej postaci. Zawsze widziałam ją czytającą. W jej postawie widać było pełne skupienie, ale też jakąś dziwną ulgę. Jakby naprawdę nie tylko pochłaniała czytany tekst, ale wręcz wsiąkała w niego, przenikała do głębi i spajała się z nim w jedną całość. Jej gust literacki nie ograniczał się do konkretnego gatunku czy pisarza. Sięgała zarówno po książki światowych, jak i rodzimych autorów. Jednak w jej wyborach był pewien klucz. Były nim kobiety. W wybieranych przez nią utworach postaci żeńskie musiały odgrywać ważną rolę.

Bo tak naprawdę była szczęśliwa tylko w chwilach, kiedy czytała, kiedy przysposabiała sobie życie tych innych kobiet. Nieważne, jakich. Nieważne, czy były kobietami w kwiecie wieku, staruszkami czy młodymi dziewczynami (ona już od dawna nie czuła się dobrze z tym epitetem). Nieważne, czy były sekretarkami, żonami, kochankami czy dziwkami. Nieważne czy były szczęśliwe czy nie. Wchodziła w ich ciała bez problemu, czuła się tam wygodniej niż w swojej własnej powłoce.

Sama też coraz częściej myślała o sobie jak o bohaterce jakiejś kiepskiej książki. Pisała ją w myślach każdego dnia. Stała się swoim własnym narratorem. Może nie wszechwiedzącym, ale na pewno oceniającym. Surowym krytykiem każdej swojej myśli i każdego kroku. Ta opowieść nie miała szans na happy and. Główna bohaterka to postać mało dynamiczna, płaska i bezbarwna. Żaden autor nie powołałby nikogo o takim zestawieniu cech. Bezwolna, bez własnego zdania. Dostosowująca się do otoczenia. W każdym towarzystwie odgrywająca rolę, w którą zostanie obsadzona przez innych. Może dlatego tak łatwo przejmowała też role książkowych kobiet? A może tylko wtedy była naprawdę sobą?

Beznamiętny głos autobusowych głośników wyrecytował nazwę jej przystanku, którą przyjęła jak wyrok. Przymknęła książkę, wzięła głęboki oddech i ze spuszczoną głową ruszyła przed siebie. Widziałam ją, jak oddala się po szarym chodniku, jak stara się uspokoić oddech i wyrównać rytm kroków. Zauważyłam jeszcze, jak przysiadła na ławce, by przeczytać jeszcze kilka zdań, by odłożyć na kilka chwil wyrok, który był na niej wykonywany każdego dnia. Wyrok codzienności, która ją przerastała. Widziałam jak jej postać znika, maleje. Wiedziałam, że zobaczymy się za 8 godzin w  tym samym autobusie. Wsiądzie jak zwykle odmieniona, to jedyny człowiek, po którym widać upływ czasu w każdej godzinie. Starsza o kolejny dzień, o kolejne godziny, minuty, usiądzie, otworzy książkę i znów na chwilę porzuci swoje ciało jak wąż zrzucający niepotrzebną powłokę. Kim będzie tym razem? Nie wiem.