Pasażerowie linii 222 (przystanek II)

A photo by Matthew Wiebe. unsplash.com/photos/IisDI6liZEM

Siedziała pod oknem i stukała paznokciami w ekran smartfona. Paznokcie miała bardzo zadbane. Pomalowane na bladoróżowy kolor, ich lekko zaostrzone końce wystukiwały równy rytm. Szybki i nerwowy. Gęste i długie blond włosy związane w starannego koka. Po chwili do stukających palców dołączają miarowe ruchy nóg. Prawe kolano góra, lewe dół, lewe góra, prawe dół…Wyglądała na zniecierpliwioną. Jeszcze przed dojazdem do przystanku, na którym obie wysiadałyśmy, zerwała się na równe nogi i czekała przy drzwiach. Jak tylko się otworzyły, wymknęła się szybko i skierowała nerwowe kroki do pobliskiego sklepiku. I właśnie w tym samym miejscu spotkałam ją o poranku następnego dnia. Stała w kolejce przede mną. Bez koszyka i zakupów. Stoi przed kasą i nerwowo przelicza pieniądze. Siedem złotych, siedem pięćdziesiąt, osiem złotych. Dłonie z pomalowanymi starannie paznokciami drżą. Osiem pięćdziesiąt, osiem osiemdziesiąt. Podziwiam jej misterną fryzurę składającą się ze starannie zaplecionych warkoczy. Dziewięć złotych, dziewięć dwadzieścia. Ekspedientka, która wyraźnie ją rozpoznaje, uprzejmym głosem pyta: „No jak tam? Odliczone?”. Kobieta w odpowiedzi rzuca monety i kiwa głową z przyjaznym uśmiechem. Wymieniają jeszcze parę uprzejmości, po czym kobieta wychodzi, trzymając w dłoni ćwiartkę najtańszej wódki…

W pracy lubiana i szanowana. Ze współpracowniczkami łączą ją kontakty powierzchowne, ale dobre. Koleżanki cenią jej poczucie humoru i bezpośredniość. Szef nie należy do osób wylewnych w pochwałach, jednak wie, że Marzena jest pracownikiem, na którym może polegać. Świetnie zorganizowana i niezawodna. Nie zauważył, że ostatnio jest jakby bardziej zmęczona, a ręce drżą jej, kiedy stuka w klawiaturę służbowego komputera…

***

Pierwszy toast za dobrą zabawę. Drugi za konwersację, która rozplątuje języki. Trzeci na ukojenie nerwów. Czwarty, by zapomnieć. Piąty, by pamiętać o tym, kim się naprawdę jest, gdy rozmowy cichną. Szósty za pomyślność. Siódmy, gdy pomyślności brak. Ósmy na zabicie (zapicie?) nudy. Dziewiąty za przyjaciół, których brak. Dziesiąty na dzień dobry, jedenasty na gorsze dni, dwunasty na dobranoc, trzynasty na lepsze sny… Czternasty za piętnastym, szesnasty za siedemnastym, osiemnasty za dziewiętnastym i tak to jakoś szło.

***

Znów jedziemy razem autobusem. Od razu ją poznaję. Starannie zapleciony warkocz holenderski opada jej na prawe ramię. Nerwowo bawi się jego końcówką. Wysiadamy razem. Wchodzimy do sklepu. Stoimy w kolejce. Ona przede mną z pobrzękującym kolorowymi buteleczkami koszykiem. Dzyń, dzyń, dzyń, dzyń. Dziś ten dźwięk napełnia ją szczęściem. Jeszcze wczoraj ta melodia przypominała jej głos wyrzutów sumienia odbijających się echem po jej pustym wnętrzu. Jednak dziś dobrze wie, po co tu przyszła. Wie, czego chce. Nie waha się. Nie ma wątpliwości. Ma za to powód. Bardzo ważny powód. Ona wie, że to doskonały powód (pretekst?), by wznieść toast. Dziś nie ma wyjścia. Nie może inaczej. Przecież każdy na jej miejscu… Zresztą. Co inni mogą wiedzieć o jej życiu? Nie zrozumieją. Dzyń, dzyń, dzyń, dzyń. To brzmi jak znajoma melodia. Błogi dźwięk. Zaraz, zaraz. Jak to leciało?

I jeszcze po kropelce, jeszcze po kropelce, póki wódka jest w butelce i jeszcze jeden i jeszcze raz…