Kuferek z pamiątkami cz. II

Część I moich zapisków z Krety przeczytasz TUTAJ

Wiele razy kiedy myślimy, że nie może być gorzej, życie podejmuje rękawicę, zanim zdążymy nadstawić drugi policzek. Na szczęście czasem, ale tylko czasem, bywa zupełnie na odwrót. Słońce ogrzewa mi całą twarz, nadstawiam prawy i lewy policzek. Oba skąpane są w szczęściu. A ja wiem, że to wszystko dane jest mi tylko raz. Dane nam było słońca zaćmienie, kolejne będzie może za sto lat. 20.07 już zawsze będzie dla mnie datą wyjątkową. Wczoraj skrobałam w tym pamiętniku, zastanawiając się, czy będąc w tak cudownym miejscu, można chcieć czegoś jeszcze. Wieczorem tego samego dnia okazało się, że dostałam bardzo wyjątkowe „coś jeszcze”.

A. zaproponował randkę w tawernie Giorgia- jedynej w miasteczku. Giorgia to miejsce, które można spotkać chyba tylko na drugim końcu świata. Restaurację prowadzi staruszka, która nic nie rozumie po angielsku. Menu? Można zapomnieć. Tylko grecka kuchnia, czyli zapewne to, co kobiecina miała dziś w swoim domowym jadłospisie. Zamówiliśmy coś w ciemno, przytakując Greczynce, która serdeczną pantomimą próbowała przedstawić nam swoją propozycję. Porozumienie wydało nam się osiągnąć jedynie w przypadku wina. Dopóki starsza pani nie przyniosła nam czegoś, co prędzej było nalewką na spirytusie. Nieważne. Było idealnie. Stoliczki ustawione na górskiej skarpie. Widok na morze, góry i kaskadę światełek płynących z greckich domów. Wiedziałam, że taki wieczór już się więcej nie powtórzy. Nigdy nie będziemy się już tak trzymać za ręce i tak patrzeć sobie w oczy przy stoliku gdzieś nad rajem, który nagle przestawał wydawać się utraconym. To było miejsce i chwila jak z komedii romantycznej. Takiej przesadnie szczęśliwej, którą ogląda się, wpychając w siebie kolejną gałkę lodów z zażenowaniem myśląc sobie „Żałosne. W prawdziwym życiu się tak nie dzieje”. A potem ukradkiem i z jeszcze większym zażenowaniem wyciera się powieki w rękaw, zostawiając na nim plamę tuszu, co to niby miał być wodoodporny. Kolejne łzy to już tylko ze złości na siebie, że tak naprawdę to chciałoby się tak jak na filmach. A jak na filmach jest tylko, no cóż, tylko na filmach.

Kiedy tak właśnie siedziałam w tej tawernie i rozmyślałam o tym, że mogłaby tu zostać nakręcona kulminacyjna scena jakiegoś łzawego romansu, pomyślałam, że byłyby to idealne okoliczności na zaręczyny. Prawdę mówiąc, zrobiło mi się nawet smutno, że jeśli A. mi się kiedyś oświadczy, to ciężko będzie znaleźć aż tak wyjątkowe miejsce. Od głowy do języka droga u mnie bardzo krótka, więc od razu podzieliłam się z nim spostrzeżeniem, że mogłyby tutaj odbyć się cudownie romantyczne zaręczyny, że właśnie tutaj wspaniale byłoby  poprosić kogoś o rękę, serce i resztę życia. Zrzedła mu mina, więc szybko wycofałam się, bo nie chciałam, żeby czasem pomyślał, że wywieram na nim presję i powinien myśleć już o zakupie pierścionka. Siedzieliśmy więc dalej. Do staruszki wpadła koleżanka i wesoło szczebiotały kilka stolików dalej. Wino będące nalewką powoli uderzało mi do głowy i myślałam, że nie może być piękniej. Jak to często mi się w życiu zdarza i tym razem nie miałam racji.

W pewnym momencie A. zaczął coś grzebać pod stołem z miną człowieka, który uknuł szatański plan i właśnie przystępował do jego realizacji. W głowie zaczęło mi huczeć już nie tylko od procentowego napoju, bo nie wiedziałam, co się dzieję, ale jakoś wiedziałam, że coś ważnego. Chwilę później A. klęczał przede mną pytając, czy zostanę jego żoną… Był zmieszany dokładnie tak, jak te 9 lat temu, kiedy pytał, czy będę jego dziewczyną. Oczywiście zgodziłam się, chociaż motylki w moim brzuchu okazały się krnąbrnym i nieokiełznanym stadkiem, które wywróciło mi żołądek na drugą stronę i utrudniało wydobycie jakiegokolwiek dźwięku. W międzyczasie starałam się ogarnąć kilka uczuć jednocześnie: szok, stres, radość, podekscytowanie i tę myśl, że właśnie przeżywam jedną z najważniejszych i zdecydowanie najpiękniejszych chwil w życiu. Niezła presja.

Było magicznie. Bajkowo. Jak we łzawej komedii romantycznej. Jednak jakby to naprawdę był film z bardzo mało realistycznym happy endem, to zapewne po wszystkim, nie wiadomo dlaczego, nad morzem wybuchłyby fajerwerki (tak było! do tej pory nie mamy pojęcia, skąd się wzięły). A żeby było zabawniej, po kolacji urocza babuszka, dowiadując się (ona po grecku i prawdopodobnie włosku oraz gestami, my po angielsku, po polsku i mową ciała), że jesteśmy z Polski, poszłaby zerwać ze swojego drzewka pomarańcze. Po czym przyniosłaby je, sądząc, że w naszym kraju nie ma dostępu do takich owoców i odegrałaby scenkę pokazującą, że można z tego wycisnąć sok.

Cóż, jednak życie to nie film. Bo w życiu taki happy end to dopiero początek.

Część III i ostatnia do przeczytania TUTAJ

 

Privacy Preference Center

Necessary

Advertising

Analytics

Other