Apel do studentów

Hej, pierwszoroczni!

7 lat temu, tak jak wielu z Was, obudziłam się w zupełnie nowej dla mnie rzeczywistości. Do dziś pamiętam to, jak otworzyłam oczy i mój wzrok padł na ścianę i szafę. Obcą mi ścianę i obcą szafę. Jednak te 4 ściany wynajmowanego pokoju były moim domem przez następne kilka lat studenckiego życia. Pięknego życia. Chociaż nie zawsze było kolorowo.

Ze statusem studenta pożegnałam się dwa lata temu i już zupełnie nie czuję się studentką, chociaż moje życie nie tak wiele się zmieniło od tamtych czasów. Jednak jestem już zupełnie poza tamtym światem. Środek tygodnia już nie wydaje mi się szczególnie dobrą datą na imprezę, a i w weekend to też niekoniecznie mam ochotę szaleć na parkietach. Dylemat „obiad czy piwo” rozwiązuję, cóż, na korzyść obiadu i zupełnie nie wiem, jak kiedyś potrafiłam cieszyć się, mając „aż” 6 godzin snu.

Jednak 5 lat studiowania było dla mnie prawdziwą przygodą, podczas której poznałam wspaniałych ludzi. Sporo z nich do dziś jest w moim życiu i mam nadzieję, że zostaną ze mną jeszcze dużo, dużo dłużej. Dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją własną studencką przygodę mam kilka wniosków, które być może pomogą poruszać się po studenckiej dżungli.

  1. Dylemat „obiad czy piwo” zawsze rozwiązujcie na korzyść piwa

    Za parę lat będziecie pamiętać właśnie te najbardziej spontaniczne imprezy za ostatnie grosze, które często przypłacaliście tygodniową dietą. Poza tym kilogramowe paczki krokietów czy pierogów z Biedronki do tej pory wywołują we mnie ciepłe wspomnienia (i delikatne rewolucje w żołądku). Żeby nie było. Były naprawdę smaczne… przez pierwsze 5 dni, potem już trochę gorzej….

  1. Poprzednia zasada z reguły sprawdza się również wobec dylematu „wykład czy piwo”. 

    Aczkolwiek wniosek ten formułuję na przykładzie kierunków, które ja skończyłam, dlatego w tym przypadku sugeruję większą ostrożność.

  2. Najsilniejsze więzi zawiązują się pod salą egzaminacyjną.

    Sytuacje kryzysowe łączą. Zdarzało mi się spędzać godziny na wzajemnym pocieszaniu i powtórce materiału z osobą, którą do tej pory kojarzyłam tylko z uniwersyteckiego korytarza. Niekiedy po egzaminie wymieniałyśmy uścisk dłoni i na tym kończyła się nasza wspólna historia, ale bywało też, że był to początek pięknej znajomości.

  1. Uważajcie, komu pomagacie i kogo prosicie o pomoc.

    Wyścig szczurów panuje chyba na każdym kierunku. Ostrożnie dzielcie się swoją wiedzą i informacjami i jeszcze ostrożniej zasięgajcie pomocy u innych. Niestety czasem zamiast koła ratunkowego, możecie otrzymać przysłowiową brzytwę.

  1. Nie opłaca się brać wszystkiego na poważnie.

    Trochę czasu zajęło mi dojście do wniosku, że dobre oceny nie są mi potrzebne do szczęścia. Dopiero kiedy zaczęłam studiować drugi kierunek i nie byłam w stanie walczyć o najlepsze wyniki na obu, odpuściłam… i stałam się szczęśliwszym człowiekiem. Oczywiście nie potępiam ambicji, szczególnie, że dla wielu osób koniecznością może być otrzymanie stypendium naukowego. Jednak czasami naprawdę dobrze jest spuścić z pary. Niekiedy lepiej jest pójść na imprezę czy spędzić czas w świetnym towarzystwie niż dostać kolejną piątkę lub czwórkę z egzaminu. Z mojego okresu studiowania właśnie z tego jestem najbardziej dumna. Z tego, że nauczyłam się odpuszczać i pozwoliłam sobie na przeżycie wspaniałych chwil. Żałuję tylko, że zajęło mi to tyle czasu.

  1. Łapcie chwilę.

    To jedyny okres w życiu, kiedy jest się na tyle dorosłym, by bez problemu kupić wódkę i wracać slalomem do domu o 7 nad ranem i nie musieć się nikomu tłumaczyć. Jednocześnie dorosłość nie chwyta jeszcze w sidła na tyle, by przejmować się sprawami typu, że ma się kiepską pracę czy tym, że od tygodnia nie jadło się sensownego obiadu. Przecież to „studencka” praca, „studencki” obiad. Ten przymiotnik nadaje sens wszystkiemu.

  1. Sesja nie jest taka zła.

    Nie, nie będę pisać, że sesja to była pestka. Bo nie była. Jednak nauczyła mnie paru rzeczy. Wiem na przykład, że jestem w stanie w ciągu 2 dni praktycznie nauczyć się kilkusetstronicowej książki czy przygotować się na dwa egzaminy jednej nocy. Poza tym nie tylko czas pod salą egzaminacyjna potrafi zbliżyć ludzi. Sama sesja to robi. Wymienianie się linkami do studenckich piosenek, wysyłanie sobie panicznych wiadomości czy wspólne opijanie sukcesów i porażek. Uwierzcie mi, to są prawdziwe, solidne podstawy dla wielu przyjaźni!

  1. Nie wierzcie w legendy.

    Uczelnie to miejsca pełne legend, szczególnie dotyczących zaliczeń u danego prowadzącego. Czasem tworzą je studenci, niekiedy sami profesorowie dokładają swoje cegiełki, ciesząc się z lęku jaki, budzą. Nie zawsze jednak jest czego się bać. Spotkałam się kilkoma takimi legendami i chyba większości z nich uległam, a przez to też niekiedy poległam. Egzamin, o którym pisano nawet w gazetach, że odsiewa biednych studentów, którzy potem poprawiają go latami, ostatecznie nie podchodząc do magisterki, zdałam za pierwszym razem na 4. Jak tego dokonałam? Tak bardzo uwierzyłam, że i tak mi się nie uda do niego przygotować (na naukę miałam jedną noc), że z zupełnym spokojem stwierdziłam, że po prostu odpuszczam, uczę się tyle, ile jestem w stanie i zobaczymy, co będzie. Kiedy indziej z kolei miałam dużo czasu na naukę na egzamin, który był owiany podobną legendą. Tak bardzo się go bałam, że nawet przeglądanie notatek budziło we mnie stres i rezygnację. Egzamin oblałam, chociaż pytania nie były najtrudniejsze i chyba nawet sam profesor miał ochotę dać mi szansę. Niestety ja jemu nie dałam.

Cóż, możecie potraktować moje rady na serio, a możecie też przeżyć czas studiów po swojemu. Jestem pewna, że tak czy siak, będziecie świetnie się bawić!