KAWA 5, czyli jak padłam ofiarą swojej wyobraźni…

… i omal nie padłam trupem

bron

Wyobraźnia to ogólnie spoko sprawa. Serio. Staram się ją konsekwentnie rozwijać i inne takie. Jednak nie zawsze jest ona moim sprzymierzeńcem. Dziś np. siedziałam sobie z przyjemną lekturą, gdy nagle rozległ się jakiś huk. Cała podskoczyłam i w skupieniu nasłuchiwałam. Za chwilę kolejny huk. Wstałam, podeszłam do okna, a przed sąsiednim blokiem unosiła się chmura dymu. Jasne, że szybko wyciągnęłam oczywiste wnioski, a mianowicie, że właśnie praktycznie na moich oczach odbywają się mafijne porachunki… No właśnie. Na moich oczach. Moje oczy mogły okazać się dla kogoś bardzo niewygodne…

 

A ja przecież oglądałam dużo filmów, a jak kiedyś uczyłam się do poprawki to nawet W11 włączałam, także doskonale wiem, co się robi z takimi osobami. Takich świadków trzeba usunąć, sprzątnąć, kropnąć (niepotrzebne skreślić).

 

Całe życie przeleciało mi przed oczami i zaczęłam zastanawiać się, ile czasu może zająć komuś wyważenie drzwi i czy schowanie się w schowku na pościel byłoby skuteczną kryjówką. Teraz już trochę doszłam do siebie, ale wciąż nie wiem, co przyniesie jutro i czy na okładce następnego wydania Faktu nie przeczytacie „Napisała głupi post na Facebooku, że ktoś chce ją zabić, a na drugi dzień faktycznie ją zastrzelono”.