Czy książce „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” udało się mnie zakląć?

Lata temu mama przyłapała mnie nad ranem, kiedy pod kołdrą czytałam czwartą część przygód „Harrego Pottera”, podświetlając tekst latarką. Na drugi dzień miałam lekcje na 8.00 rano i sprawdzian z matmy, więc książka wylądowała w pokoju rodziców. Do tej pory nie mogę im tego wybaczyć, bo „Czara Ognia” została mi brutalnie odebrana w momencie, kiedy Harry z Cedrikiem dotknęli pucharu i wylądowali na cmentarzu w Little Hangleton. Kto czytał, może się domyślić, co wtedy przeżywałam…

Dziś znów spędziłam noc w świecie czarodziejów i wciąż nie wiem, czy jestem bardziej oczarowana czy rozczarowana tą książką. Kiedy ponownie wsiadłam z kolejnym już pokoleniem czarodziejów do Hogwart Expressu czułam podekscytowanie, jakbym dostała swój list z zaproszeniem do słynnej szkoły Magii i Czarodziejstwa, na który tak czekałam, kiedy byłam nastolatką. No dobra, tak naprawdę wciąż na niego czekam. Jednak w trakcie czytania mój zapał odrobinę osłabł…

Na pewno spodobał mi się pomysł przyjaźni Albusa (środkowego syna Harrego) ze Scorpiusem (synem Draco). Doceniam także odcięcie charakteru potomka od usposobienia ojca. Tym razem nie czytamy na każdym kroku, że Al to wykapany ojciec, a tylko oczy ma po matce. Nastolatek nie tylko nie przypomina swojego słynnego taty, ale nawet niekoniecznie się z nim dogaduje. Jeśli chodzi o fabułę, więcej zdradzać nie będę. Mimo moich mieszanych uczuć uważam, że warto samemu zerknąć jeszcze raz do tego świata.

Książka będąca scenariuszem ma w moim odczuciu sporo niedociągnięć. Sam pomysł na główny trzon opowieści jest niezły i parę razy przybiera nawet odrobinę nieoczekiwany rozwój, chociaż sam finał tej historii nie jest dla nas zaskoczeniem. Uważam, że niektóre wątki zostały kiepsko rozwinięte, przez co sprawiają wrażenie spłyconych (chociaż wiem, że niekiedy może wynikać to z tego, że jest to utwór przeznaczony do realizacji scenicznej). I tak jak pierwsza część przygód Harrego była pisana językiem prostym i posiadała fabułę dostosowaną do młodego czytelnika, tak z kolejnymi książkami fani dojrzewali i dojrzalsza stawała się również treść i forma. Tym razem mam wrażenie, że „Hary Potter i Przeklęte Dziecko” miał dotrzeć nie tylko do fanów Pottera, ale także podbić kolejne pokolenia. Stąd momentami to, co czytałam, wydawało się po prostu odrobinę infantylne.

Jednak jestem wdzięczna tej książce przede wszystkim za momenty. Za te kilka dreszczy, które przeszyły mnie podczas czytania. Za dziecięcą ekscytację, którą we mnie wzbudziła. Za kilka naprawdę zabawnych dialogów. I za historię, która momentami była dość naiwna czy przewidywalna, ale dałam się jej porwać na tyle, że nie poszłam spać, póki nie dotarłam do ostatniej strony.

Ostatecznie fanom Harrego Pottera radzę po książkę sięgnąć, ale nie oczekiwać, że w pełni zrekompensuje ona smutek, jaki czuliśmy żegnając się z bohaterami książki. Co prawda zostawiliśmy ich wtedy na dworcu Kings Cross i w tym samym miejscu (a nawet czasie) ich odnajdujemy. Jednak nie odnajdziemy już tego, co czuliśmy, kiedy wraz z Harrym, Ronem i Hermioną zdobywaliśmy kolejne poziomy magicznego wtajemniczenia i gdy ramię w ramię stawaliśmy z nimi do walki z Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.

Ja nie odnalazłam tego, co czułam tej nocy kilkanaście lat temu przyłapana przez mamę na czytaniu przygód Harrego. Jednak udało mi się znaleźć chociaż namiastkę tego i  ta iskierka magii rozświetliła moje wierne serce fanki chociaż na chwilę. Pamiętacie ten moment, kiedy Harry wręcza pieniądze z wygranej w Turnieju Trójmagicznym bliźniakom Weasley? Mają przeznaczyć je na otwarcie sklepu z dowcipami. Przekonuje on ich argumentem, że w obecnych czasach wszystkim przyda się trochę śmiechu. Cóż, myślę, że ta książka była dla mnie właśnie tym samym.

 

Koniec psot!

A Wy? Czytaliście? Macie zamiar? Jestem ciekawa Waszych opinii.

Privacy Preference Center

Necessary

Advertising

Analytics

Other