Tworzymy światy

Tworzymy własne światy, żeby utrzymać równowagę w tym prawdziwym. Wieczorami, podczas przerwy na kawę, o poranku, w kolejce do kasy, w autobusie, w szkole na wykładzie, w pracy. W każdej chwili do życia budzą się nowe rzeczywistości. Zza chmur wyglądają  krainy szczęścia i pomyślności. Pną się pod niebo wyższe niż drapacze chmur możliwości. Zielenią się okazje, żarzą płomienne romanse. Złamane serca same się zrastają, a problemy same rozwiązują jak sznurówki nieumiejętnie zawiązanych w dzieciństwie butów. Każdego dnia gdzieś tam w naszych głowach wyrastają różowe pagórki, a my siedzimy na puchatej chmurce i bujamy sobie w obłokach.

W światach tych panują niekiedy surrealistyczne prawa. A czasem to tam odnajdujemy krainę sprawiedliwości, gdzie dobroć popłaca, dobro zwycięża, a nasze wysiłki natychmiastowo przekuwają się w efekty.

Jestem dumną Panią i Królową wielu światów i wciąż powołuję do życia nowe. Co noc odbywam podróże do przynajmniej jednego z nich. Zrzucam własną skórę i ubieram nową, utkaną z cech, które chciałabym mieć. Bardzo mi w nich do twarzy.

Może to dziecinne. Może niedojrzałe. Ale jest mi to potrzebne do życia. Bardzo zapadł mi w pamięć cytat z filmu „Skazany na Bluesa”, gdzie Rysiek Riedel wypowiada słowa „Przestałem marzyć. A gdy człowiek przestaje marzyć – umiera”. Nie mam pojęcia, czy to prawdziwa wypowiedź artysty, ale też miałam w swoim życiu okres, kiedy przestałam marzyć. Przed snem leżałam wpatrzona w pustkę, w wielką czarną dziurę w swojej głowie. W mojej klatce piersiowej usadowiła się ogromna kula lodowa, która utrudniała mi oddech. Czułam się jakbym wpadła do zimnej wody i chwilami wynurzała się, by z trudem zaczerpnąć powietrza. Nie był to dobry czas. Czułam się, jakby dzień za dniem umierała mi dusza. Więdła, gniła, stawała się wątła i przeciekała mi przez palce…

Dlatego będę bronić marzeń, chociaż wiem, że  niejedną ranę będę musiała wylizać po twardym zderzeniu z rzeczywistością. Ale jak boli, to przynajmniej znaczy, że żyję. Prawda?