Film, który zmienił moje życie

Znacie to uczucie, kiedy coś w Was siedzi, tylko jakby nie do końca macie tego świadomość? Chcecie coś zrobić, a może musicie coś zmienić, a może coś przygniata Wam klatkę piersiową, przyprawia o ból głowy, przeszywa nieprzyjemnym dreszczem, a lekarz twierdzi, że jesteście zdrowi?

 

Sami do końca nie wiecie, o co chodzi. Chowa się bowiem „to coś” gdzieś głęboko. Tak, tak, to Wy to tam zepchnęliście i zamknęliście na kłódkę. A potem nagle, jedno słowo, gest, przeczytane zdanie, spojrzenie bliskiej lub obcej osoby i… Kłódka pęka i wylewa się to wszystko jak wielka, cuchnąca masa, z którą wcale nie chcecie się rozprawiać, ale teraz nie ma już wyjścia, bo brodzicie po pachy i lada chwila wleci Wam do ust. A na końcu okazuje się, że posprzątanie tego bałaganu było najlepszym, co mogło się Wam przytrafić. Lada moment wywietrzycie nawet smród i z nowymi siłami ruszycie do przodu. U mnie takim impulsem był film „Sugar Man”.

Chociaż to było już dosyć dawno temu, to pamiętam to uczucie bardzo dokładnie. Dosłownie, jakby nagle wypełniło mnie coś naprawdę nieprzyjemnego. Czułam prawie fizyczny ból, który piekł mnie od środka. Naprawdę potrzebowałam obejrzeć film, żeby uświadomić sobie, jak bardzo jestem nieszczęśliwa? Musiałam zobaczyć go, by zrozumieć, że wcale tak nie musi być? Przeraża mnie to, że prawie uwierzyłam, że takie po prostu jest życie.

Wiecie, myślałam, że w końcu zrozumiałam, co mieli na myśli Ci wszyscy dorośli mówiący, że nie znam życia. Nie znasz życia, czyli nie masz pojęcia, jakie potrafi być beznadziejne. Sądzisz, że możesz próbować podążać za marzeniami, nawet jeśli dla innych mogą wydawać się niedorzeczne? Chyba nie znasz życia. Myślisz, że możesz zbudować coś trwałego i dobrego? Nie znasz życia totalnie. A może jeszcze Ci się wydaje, że w życiu chodzi o to, żeby starać się być szczęśliwym? Oj, nie znasz życia za grosz!

Życie Ci jeszcze pokaże, kopnie Cię w tyłek i jak zacznie boleć przy siadaniu, to wtedy wreszcie posiądziesz tajemną życiową wiedzę. Czyli taką, że życie to padół łez i cierpień, rodzimy się, by nieść swój krzyż i nastawiać drugi pośladek, a jak życie nie kopie, to z pewnością robisz coś źle albo po prostu los szykuje się do mocniejszego zamachu. I ja w to trochę uwierzyłam. Zaciskałam zęby i w myśl zasady, że jak boli, to znaczy, że żyję, brnęłam do przodu. Przeżyć, przetrwać. Od poniedziałku do piątku. Jeszcze tylko godzinka, jeszcze chwila i… I co? I nic, bo na nic tak naprawdę nie czekałam. Czasem coś w nocy chwytało mnie za gardło, ale ja zbyt zajęta byłam wmawianiem sobie, że tak ma być.

No ale miało pisać o kinie, a wyszło trochę łzawo. Prawdę mówiąc, nie wiem, czemu akurat ten film otworzył we mnie tę puszkę Pandory. Poczułam wtedy, że jednak w życiu (bo przecież był to obraz dokumentalny) można przeżyć coś niezwykłego. Czasem marzenia mogą nas dogonić nawet jeśli sami dawno odwróciliśmy się do nich plecami. Stwierdziłam, że ja mogę nie mieć tyle szczęścia, co bohater. Co wobec tego zrobiłam?

Rzuciłam robotę, której nie znosiłam i poukładałam trochę spraw osobistych, które się przy okazji rozwaliły. Rezygnując z tej pracy, zostałam z niczym. Nie polecam, zdecydowanie lepiej zrobić to stopniowo, ale ja i tak za długo zwlekałam. Mimo tego, że dane mi było znów posmakować smaku bezrobocia, a skutki finansowe swojej decyzji odczuwałam jeszcze przez jakiś czas, ani przez sekundę nie żałowałam. I nie żałuję do tej pory.

 

Gdyby nie to, nadal byłabym jak ten bierny widz przyglądający się swojemu życiu. Z trudem powstrzymując łzy, żeby nikt nie przyłapał mnie na chwili słabości, gdy zapalą się światła.

 

PS A film polecam obejrzeć nie tylko tym, którzy chcą zmienić coś w swoim życiu.