Nie ciesz się za szybko

Niedawno powiedziałam bliskiej mi osobie o pewnym małym sukcesie. O tym, że jeden aspekt mojego życia, który bywał czasem dobry, niekiedy beznadziejny, stał się teraz naprawdę świetny. „Dobra, dobra, ale nie ciesz się za szybko” – usłyszałam. To jedno z moich najbardziej znienawidzonych stwierdzeń. Zaraz obok „chyba nie znasz życia” i „nie bądź śmieszny”.

Wszystkie wywołują ten sam efekt. Z pagórka szczęśliwości trafiasz emocjonalną ślizgawkę, prosto na beton. Dlaczego musimy zawsze zakładać, że jeśli jest dobrze, to tak naprawdę zapewne jest lub będzie źle? Że pewnie jest jakiś haczyk, więc nie można się za bardzo cieszyć. Ale kiedy w takim razie można? Jest gdzieś jakaś lista warunków do spełnienia? Może takie szczęście to produkt długo dojrzewający, tylko niech ktoś mi poda jakiś termin.

Nie wiem, jak Wy, ale uważam, że w życiu powodów do szczęścia jest i tak za mało, żeby rezygnować z tych ulotnych chwil radości z obawy o jakiś falstart. Jeśli to jakiś wyścig, jakiś test na cierpliwość, to proszę o wypisanie. Chyba nie do końca zapoznałam się z regulaminem.

Dobra ja naprawdę ja wiem, że życie bywa okrutne, a sprawiedliwość jest jak orzechy, czyli generalnie występuje wszędzie… w ilościach śladowych. Z kolei ludzie opanowali do perfekcji sztukę władania mieczem i wbijania go w plecy tak, żebyś nawet nie czuł, jak gładko wchodzi między kręgi. Chyba jestem jednak kiepskim uczniem i nie odrabiam życiowych lekcji, bo mimo tego, że nie raz przerabiałam tematy związane ze skutkami przedwczesnego zaufania czy cieszenia się, to nadal powielam schematy, które ostatecznie doprowadzają mnie do kolejnego oblanego egzaminu. Pewnie dlatego ciągle los wysyła mnie do klasy poprawkowej i od nowa jestem narażona na niespodziewane kartkówki. A może takie jest po prostu życie?

Czy to jednak znaczy, że nie mogę sobie pozwolić czasem na chwilę czystego entuzjazmu? Naprawdę muszę trzymać emocje za zębami, kiedy usta układają się do uśmiechu? Nawet jeśli będę potem żałować, że byłam za bardzo, że byłam za mocno, że byłam za szczerze. Mniej mnie to przeraża od uporczywej myśli, że stać bym się mogła osobą, która żyje czekając na to aż w końcu coś się sypnie. Osobą, która wyczuwa podstęp w każdym zbyt pozytywnym aspekcie życia.

Zasada „jesteś szczęśliwy? To usiądź i poczekaj, aż Ci przejdzie” nie do końca się zgadza z moją hierarchią. Nie zrozumcie mnie źle. Daleko mi do bycia osobą przesadnie pozytywną. Często wyolbrzymiam, powołuję do życia miliardy problemów, każdego dnia zadaję sobie pytania o sens życia i do tej pory chyba nie znalazłam odpowiedzi. Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że właśnie dlatego staram się nie przegapiać takich cennych chwil codziennego szczęścia.

Po prostu trochę obawiam się, że trzymając się zasady „nie ciesz się za szybko” w pewnym momencie może się okazać się, że jest już tak naprawdę za późno.