Poznań z przymrużeniem oka (krytyka)

Z Poznaniem łączy mnie pewien konflikt, prawie tragiczny. Kiedy wybierałam miasto, w jakim będę studiować zastanawiałam się właśnie między nim a Wrocławiem, ostatecznie wybierając to drugie. Chociaż decyzji absolutnie nie żałuję, bo studia uważam za jeden ze wspanialszych okresów w moim życiu, to przekonanie o słuszności swojej decyzji przez lata argumentowałam tym, że stolica Dolnego Śląska jest wspaniała (bo jest) i Poznań zapewne wypada przy niej blado i ponuro.

Musicie wiedzieć, że mam w sobie jakieś ogromne pokłady lokalnego patriotyzmu i nikt nie przekona mnie, że są piękniejsze polskie miasta niż moja rodzinna Zielona Góra i Wrocław, w którym żyje od 7 lat. Krakowski rynek? Zachwycający, ale nie bardziej niż okolice wrocławskiego ratusza czy po zielonogórski deptak. Onieśmielający swą urodą Wawel czy literacki klimat krakowskich kawiarni przyprawia mnie o drżenie nóg, ale uwielbiam zielonogórskie herbaciarnie czy wrocławskie puby z klimatem. Gdańskie zabytki i architektura są wspaniałe, ale musielibyście zobaczyć, jak wygląda Ostrów Tumski wieczorem czy zielonogórska Palmiarnia… w zasadzie o każdej porze dnia i nocy.

No a Poznań? Tutaj plan był jasny. To miasto ma mi się nie spodobać i już. Otóż… nie. Pomimo mych usilnych starań negowania uroku stolicy Wielkopolski, wróciłam prawdziwie oczarowana. Poznański rynek zalany słońcem schyłku maja z jakiegoś względu kojarzył mi się Chanią będącą efektem burzliwego romansu w trójkącie wenecko-turecko-greckim. Sama nie wiem, czemu. Czy to ten piaskowy odcień ratusza, czy śmiechy dobiegające z okolicznych kawiarni, a to wszystko połączone z upalnym słońcem zalewającym miasto od wczesnych godzin porannych? W każdym razie miałam wrażenie, że za kilka kroków znajdę się w uroczej uliczce prowadzącej mnie prosto do greckiego portu.

I kiedy nadal starałam się zobaczyć to miasto w ponurych barwach, to trafiłam wprost naprzeciw pięknych, kolorowych kamieniczek. W tym momencie mój plan znielubienia Poznania przybierał coraz czarniejsze barwy. No cóż, myślałam, że może chociaż ta cała słynna Malta okaże się przynajmniej rozczarowująca. Sztuczne jezioro w środku miasta? W pobliżu galerii handlowej? Naokoło z pewnością ruchliwe ulice i miejski gwar. To musi być totalny niewypał. Z przyświecającą mi zasadą „Haters gonna hate” pojechałam więc nad maltańskie jezioro, żeby zachwycić się tym wspaniałym miejscem w samym środku miasta.

Niestety czas na zwiedzanie miałam mocno ograniczony, dlatego nie miałam okazji poznać innej (z pewnością brzydszej) strony tego miasta. Nieźle się skubany kamufluje!

A tak całkiem szczerze to chciałam przeprosić Poznań za swoją niesprawiedliwą ocenę. Ja daję Poznaniowi drugą szansę. Jeśli mi wybaczy i też da mi kolejną, chętnie wpadnę poznać Poznań lepiej.

 

Do zobaczenia!

  • Hipis

    U mnie właśnie w studenckiej ruletce wygrał Poznań, aczkolwiek ze względów naukowych. I powiem tak – dla mnie Rynek nie daje żadnego oglądu na to miasto – wręcz fałszuje jego prawdziwy obraz. Nie wiem, jak jezioro maltańskie, bo widziałam je tylko z daleka. Ale żeby poczuć klimat Poznania takiego, jak ja go widzę i czuję mieszkając tam od roku trzeba iść na Jeżyce, na Wildę, przejść się Świętym Marcinem, zobaczyć Cyryla, czyli plac Ratajskiego, plac Wolności… Rynek to takie małe, skromne kamieniczki, a prawdziwy klimat Poznania tkwi w wielkich, bogatych, poniemieckich kamienicach, dostojnych i przedziwnie przebudowanych, sąsiadujących ze szklanymi wieżowcami i dziewięciopiętrowymi blokami z wielkiej płyty. Warto też zobaczyć Cytadelę (w Poznaniu jest tyle wielkich parków – za to go uwielbiam) oraz dzikie, weekendowe imprezy nad Wartą i oczywiście Ostrów Tumski i Śródkę, która jest prawdziwym miasteczkiem z bajki. Ja Poznań lubię właśnie za praktyczne, prawie że niemieckie podejście do życia oraz monumentalizm 😀

    • slowonalawe

      To widzę, że będę miała sporo do nadrobienia przy kolejnej wizycie! Dzięki za polecenie ciekawych miejsc, mam nadzieję, że będę miała okazje je zobaczyć i poznać Poznań lepiej 😉