PASAŻEROWIE LINII 222 (PRZYSTANEK III)

Przy oknie siedzi brunetka z włosami związanymi w niedbałego koczka otoczonego czupryną wymykających się z gumki kosmyków. Wygląda, jakby z tą samą fryzurą wstała rano z łóżka. Patrzy w szybę z ciężkim spojrzeniem i oddechem. Coś dusi ją od środka. Osadziło się to coś w klatce piersiowej i opada gęstą chmurą coraz niżej. Wypełnia ją całą jak gęsty dym.

Dobrze zna to uczucie. Coraz częściej przychodzi niezapowiadane. Jeszcze kilka dni temu chwytała pełną piersią oddechy wczesnego lata. Jednak już wczorajszego ranka czuła, że znów się zbliża. Wyczuwała to, jak pierwsze symptomy nadchodzącego przeziębienia.

 

Wzdrygnęła się na dźwięk mijającej autobus karetki. Przyjechała tu z niewielkiej wioski już ponad 10 lat temu, ale wciąż szokowała ją częstotliwość jeżdżących na sygnale pojazdów. Nie mogła przestać myśleć o tym, ile z tych codziennych kursów będzie dla niektórych ostatnią podróżą. Wrocław nigdy nie był dla niej miastem spotkań. Był miastem rozstań ostatecznych. Sama pogrzebała tutaj swoje marzenia, zasypując je ciężką grudą obojętności cedzonej przez zaciśnięte zęby.

 

Marzyła jej się chwila przerwy. Myślała o ucieczce. Myślała o tych wszystkich chwilach, kiedy uciekała. Ucieczki z domu, wagary. „Wyrobiłam w sobie złą skłonność uciekania i świadomość niemożności zrobienia sobie wagarów od życia jest teraz dla mnie bolesna” – myślała. Układała siebie w równych rubrykach kalendarza, nadając pozory porządku swojemu życiu. W weekendy znieczulała się tanim alkoholem. Nie dlatego, że nie było jej stać. Zarabiała bardzo dobrze. Po prostu wciąż pamiętała cierpki smak taniego wina, pitego ze znajomymi w cieniu drzew i tytoniowego dymu. Sporo popełniła błędów w okresie wczesnej młodości, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że to właśnie wtedy żyła naprawdę. Wtedy myślała o dziwo najtrzeźwiej.

 

Teraz żyła niczym pijak, podpierając się o ściany rozsądku. Tylko logika pozwalała jej utrzymać grunt pod nogami. Chłodna kalkulacja wyznaczała kierunek każdemu dniu, aż przechodziły ją ciarki.

 

Wysiadła z autobusu i szybkim tempem udała się w kierunku firmy, w której pracowała. Dzisiaj jej kalendarz pękał szwach, podobnie jak głowa. Na szczęście był piątek.

 

Nie wiedziała jeszcze, że wieczorem ucisk w klatce piersiowej stanie się większy, a czarna chmura wypełni ją całkowicie. Jednocześnie  w głowie uporządkowanej wg kalendarzowych rubryk zrobi się miejsce na nadprogramowe myśli, które zaczną swobodnie kursować między wierszami. Coś ją zacznie drapać w głowie i pojawi się coraz bardziej uwierająca myśl. Wkrótce zamieni się ona w uporczywy stukot, towarzyszący jej na każdym kroku –  „zmia – ny, zmia – ny, zmia – ny, zmia – ny, zmia – ny, zmia – ny”.

 

***

 

Tydzień później przestałam ją widywać na naszej codziennej trasie. Postanowiła zmienić kurs swojej codzienności. Zrozumiała, że to nie Wrocław pogrzebał jej marzenia, ale ona sama. Postanowiła dać miastu i sobie drugą szansę. Postanowiła zacząć wszystko od nowa – taka odnowa była jej już dawno potrzebna.