Liczymy zamiast żyć

Też to znam. Wstaję rano wykończona, chociaż dzień się jeszcze nie zaczął. Liczę. Myję zęby, patrząc zamglonym wzrokiem w lustro. Liczę. Jadę tramwajem do pracy. Stoję, podtrzymując się poręczy i próbuję złapać równowagę ciała i duszy. Liczę. Klik – włączam komputer, klik – monitor, wklepuję bezmyślnie hasła – pamięć ciała to niesłychana rzecz. Liczę.

Liczę podnosząc wzrok znad klawiatury, parząc kawę i wdychając kofeinową chmurkę. Liczę, wracając do domu i gotując obiad. Słuchając muzyki i kąpiąc się. Liczę podczas oglądania wiadomości i pijąc wieczorną herbatę. Liczę, zapadając się w miękką pościel i zapadając w sen. Dobranoc. RAZ-DWA-TRZY! Jutro znów wrócisz do gry!

8 godzin, dopiero godzina minęła, jeszcze 5 godzin do końca, jeszcze tylko 3 godzinki, minęło dopiero 15 minut,  ufff minął poniedziałek, jeszcze tylko 4 dni, jeszcze 4 godziny, o już środa, środa to taki mały piątek, jeszcze tylko czwartek, jeszcze tylko czwartek minie…

Mijają nas poniedziałki złośliwie wykrzywiając usta, mijają ponure wtorki, nieciekawe środy, męczące czwartki, niecierpliwe piątki, zbyt krótkie soboty i niedziele. Mijają godziny, tygodnie, miesiące. Mija czasMijamy, przemijamy. Byle do końca, byle do piątku, byle do świąt, byle do wakacji, byle… jak.

Też to znam. Wstaję rano wykończona, chociaż dzień się jeszcze nie zaczął. Wstaję rano i zaczynam wyliczankę. Jak mała dziewczynka powtarzająca bezmyślnie rymowankę. Jak mała dziewczynka wskazuję kolejne godziny, NA-KTÓRĄ-WYPADNIE-NA-TĘ-BĘC! Kolejna godzina wypada z mojego życiorysu. RAZ! Wypada kolejny dzień! DWA! Kolejny tydzień za mną. TRZY! Minęła kolejna jesień…

I powiem Wam, że z tych moich codziennych wyliczeń wynika, że chyba przez to wszystko jestem trochę na minusie. Przetraciłam na głupoty ten dzień, w którym tak wyczekiwałam weekendu. Nawet nie pamiętam, co wtedy robiłam. Nie pamiętam też, co robiłam tego, tamtego, kolejnego i jeszcze innego. Przecież takich przetraconych, nijakich dni jest wiele. I to tylko ja skazałam je na czekanie. I tak sobie myślę. Może gdyby czasem zamiast czekać na lepszy dzień samemu go stworzyć? Nie tylko od święta czy od weekendu. Nie chcę brzmieć jak poradnikowy bełkot. Wiem, że nie wystarczy wziąć chwil w swoje ręce i wstać z cholernej kanapy. Wiem, że to nie kanapa jest naszym wrogiem, wiem, że nie wszystko jest kwestią podejścia, wiem, że nie wszystko zaczyna się w naszej głowie, a nawet jeśli się zaczyna, to nie znaczy, że tak łatwo się kończy.

Ale może czasem zamiast tak liczyć, liczyć, liczyć i liczyć… na to, że jakoś to minie. Zamiast liczyć na to, że wystarczy pchać do przodu kolejne momenty jak te żuki pchają kulkę kupy, zamiast toczyć na okrągło gówniane chwile, może tak pozwolić życiu się toczyć? Bez sekundnika i surowej miary. Może? Może spróbuję?

Podejmiecie wyzwanie? Mogę na Was liczyć?