Styczeń w kawałkach – podsumowanie miesiąca

Styczeń przeżyłam ze słuchawkami na uszach, książką w dłoni i dodatkowymi kilogramami na duszy. Ciężkie były poświąteczne powroty, ciężkie są za słońcem tęsknoty, coraz cięższe powieki i ciężkie sny. Uczę się odpuszczać. Uczę się wyłączać świat. Uczę się być sobą, nawet jeśli to oznacza trochę przegrywać, bo zaakceptować, że nie zawsze musimy zwyciężać, to jak trochę zwyciężyć. Mimo wszystko. I uczę się, a to chyba najtrudniejsze zadanie, kochać siebie. Mimo wszystko.

Styczeń i rok rozpoczęłam od spisania kontraktu z nowym rokiem. Pomaga mi to zrozumieć, że nie na wszystko muszę mieć wpływ. I może tak jest właśnie dobrze. Rozpoczęłam więc trochę na przekór. Zamiast stawiać cele, starałam się celować w spokój, zamiast sięgać wyżej, poobniżałam poprzeczki i nauczyłam się lenić.

Żeby jednak nie było, że całkowicie się rozleniwiłam to pochwalę się Wam, że udało mi się wprowadzić kilka mniejszych i większych nowości, do których zmobilizowała mnie cudowna Magda z bloga Dopracowani i jej apetyczna grupa Do or donut. Zasady są proste: albo raz w tygodniu robisz coś nowego (to nie muszą być wielkie rzeczy, serio) albo… wcinasz pączka. To takie cudowne, bez niepotrzebnej spiny, a atmosfera tam jakaś taka przyjazna i przyjaźnie motywująca, że… pączka nie jadłam do tej pory ani razu. Zaczęłam za to między innymi odkładaną od lat pracę nad swoim angielskim: z całego serca polecam kanały: Mmm English i Papa English. Oglądam te filmiki zamiast moich wieczorów  w wannie z serialem, a lekkość i humor prowadzących sprawia, że wcale nie czuję się mniej zrelaksowana niż wcześniej!

Poza tym codziennie poświęcam minimum pół godziny lekturze i bardzo się cieszę, że ten rok zaczął się dla mnie pod tym książkowym względem tak pomyślnie. A wszystko dzięki Parapetowym rekomendacjom (chodźcie do niej, Ola pięknie pisze o pięknych książkach i nie tylko, a na jej Literackim Parapecie jest niesamowicie przytulnie i miło). Przeczytałam Wilka Stepowego Hermanna Hessego, który i we mnie obudził wilka i zabrał mnie w podróż po stepach własnego umysłu. Trochę się poutożsamiałam, trochę oczarowałam tą historią. Mam nadzieję, że za jakiś czas napiszę o niej parę słów na blogu. Później w moje ręce trafiła książka „Jak się ma twój ból?” Pascala Garniera. Dziwna to była lektura, trochę przewrotna, momentami przygnębiająca, czasem zabawna ale dopiero po zamknięciu książki zrozumiałam, że też bardzo dobra. Dopiero po przeczytaniu ostatniego słowa spadła na mnie cała gama emocji, refleksji, historia się domknęła, a ja długo nie mogłam zasnąć – mój ból miał się wtedy całkiem dobrze. Później czekało mnie kilka wzruszeń, parę ścisków w  krtani, kilka zduszonych oddechów i spora dawka dobrego pisarstwa, czyli „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” – Marcina Wichy.

Długie styczniowe wieczory spędziłam też z moim nowym przyjacielem Netflixem. Po obejrzeniu drugiego sezonu Stranger Things (jak dla mnie zdecydowanie lepszy od pierwszego) wkroczyłam do świata Glow. Jeśli myślicie, że serial o wrestlerkach to coś zdecydowanie nie dla Was, to witajcie w klubie. Też tak myślałam, a później przeszłam na brokatową stronę mocy. Bo wrestling to tak naprawdę tylko tło dla przedstawienia ciekawych postaci, stylistyki lat 80-tych i interesujących wątków. Poza tym muszę się przyznać, że po obejrzeniu pierwszego sezonu kobiecy wrestling zaczyna mi się wydawać całkiem cool, a cudowna, stylizowana na rosyjską komunistkę Zoya Destroya rozłożyła mnie na łopatki i całkowicie podbiła moje serce!

glow netfix

Styczeń pozwolił mi także odkryć zupełnie nowy wymiar rozrywki i… miłości. Nie wiesz, czym jest miłość, jeśli nigdy nie słyszałaś/słyszałeś od drugiej osoby: „Poczekaj, sprawdzę, czy tam się nie umiera”. Tak właśnie wygląda miłość w czasach PlayStation. A tak poza tym w życiu bym się nie spodziewała, że tak trudna i śmiercionośna może być gra, w której się wcielasz w szmacianą laleczkę i przemierzasz laleczkowy świat. Little Big Planet to gra, w którą warto zagrać we dwoje i ruszyć wspólnie na podbój świata. Ostrzegam, to nie będzie łatwa rozgrywka!

 

Cóż, styczeń znika gdzieś za rogiem, a tuż za nim wyłania się luty – statystycznie najcięższy dla mnie miesiąc a na pewno najmniej ulubiony. Uzbrojona w kolejne książki, kilka dobrych myśli, kubek z herbatą i ciepły sweter, wychodzę mu naprzeciw. Do zobaczenia w lutym!

Privacy Preference Center

Necessary

Advertising

Analytics

Other