Luty w kawałkach

Luty w kawałkach, ja w rozsypce, ciśnie mi się na klawiaturę, choć chyba nie było aż tak źle. Luty to zawsze najtrudniejszy dla mnie miesiąc. Na głowie osiada mi jakaś mgła, a ja próbuję się przez nią przebić w stronę jaśniejszych poranków i wieczorów. Idę w stronę słońca, do lata piechotą będę szła. Chociaż chyba bardziej się czołgam, gdy upadam, nie podnoszę się od razu, drzemie we mnie niemoc, najpierw drzemka, potem może podniosę powieki, może się podniosę.

Czuję przesyt. Chciałabym chłonąć życie akustycznie. Bez zbędnych dźwięków, nawet jeśli niektóre mogą nadać odpowiedni rytm. To nie jest mój rytm. Nie ostatnio. Nie w lutym. Idealną melodię życia znalazłam w  górach, mróz szczypał mnie w policzki, widoki chwytały serce. Mgła w głowie opadła, ja opadałam z sił, choć podniosłam się na duchu. Tego mi było trzeba. Zrobić sobie tydzień przerwy od życia, całkiem to dobry sposób na luty, muszę zapamiętać.

Od życia uciekałam też tradycyjnie w inne życia, chowałam się między wersami i gubiłam między stronami, a czasem znajdowałam dokładnie to, czego potrzebowałam. Szukałam odpowiedzi na to, Jak się ma mój ból, sprawdzałam, czy ulegnę urokowi Pana Darcy’ego, a nawet na nowo dawałam się oczarować Harremu Potterowi, ale tym razem po angielsku. Trochę mi wstyd, ale więcej książek nie pamiętam, choć kilka nowych kilogramów przybyło mi na półkach, mam nadzieję wrócić z tej czytelniczej diety.

Luty był miesiącem poszukiwań. Szukałam spokoju i ukojenia. Szukałam sensu i znajdowałam go, kiedy przestawałam szukać. Odpowiedzi przychodziły, kiedy przestawałam zadawać pytania. Istnieje taka możliwość, że szukanie sensu wcale nie ma sensu. Istnieje szansa, że życie w dużej mierze jest takie, na jakie mu pozwalasz być. Nie zabijajmy życia w życiu zdaniem takie jest życie, starajmy się, żeby było takie, jakie chcemy, żeby było. Spokojnie, ja wiem, że to nie takie łatwe, wiem, że nawet nie zawsze wykonalne. To rada, to wyzwanie przede wszystkim dla mnie samej.

Luty to był też miesiąc spotkań i miesiąc nieuniknionych pożegnań. Na szczęście takich na „do zobaczenia”. Już więc wypatruję kolejnych okazji na horyzoncie. Wypatruję też słońca, które zacznie się na dłużej rozciągać na widnokręgu. Potrzebuję go, by samej trochę się przeciągnąć po tym końcozimowym śnie i obudzić w sobie więcej sił.

Do wiosny 21 dni. Już niedługo będę szła przez życie w trampkach.

A  jak Wasz luty?

Privacy Preference Center

Necessary

Advertising

Analytics

Other