Przedwiosenne przesilenie – jestem marcowym człowiekiem

Przedwiośnie jak co roku wystawia na próbę moją cierpliwość. Im bliżej, tym dalej. Przed blokiem zakwitły bazie. Nad blokiem ciężkie, szare chmury. Oglądam na żywo ujęcia z zakątków świata, które ze słońcem mają lepsze konszachty. Lubię wiedzieć, że tam gdzieś dzieje się wiosna. Przyciągam ją myślami, po nitce do kłębka, utkana sieć pęka, kiedy o poranku marzec szczypie mnie w policzki. Czekam na lepsze dni.

Powinnam mieć w sobie więcej wyrozumiałości. Marzec to w końcu ja. Przedwiośnie to ja. Jestem leniwym porankiem, który wstaje później niż inni by oczekiwali. Nie słucham prognoz. Nie promienieję wedle planu i okoliczności. Obiecuję słońce i przykrywam je chmurami. Przelotne zachmurzenia w niespodziewanym momencie. Przejaśnienia, bo tak i deszcze, bo czemu nie. Nie zawsze topię śniegi na czas, nie przełamuję lodów. Zawsze czekam na lepsze dni.

Urodziłam się kilka dni przed wiosną. Do niedawna uważałam to za psikus, pstryczek losu. Przecież wiosna to ja. Stopy w miękkiej trawie, twarz na słońcu, sukienki tańczące z wiatrem, śpiew na ustach – to przecież ja. „Urodzona zimą” zdecydowanie nie pasowało do mojego własnego obrazu, który sobie wymalowałam, bez śnieżnych barw.

Teraz wiem, że jestem leniwym, słodko – gorzkim przedwiośniem. Duszę mam w kolorze roztopowego błota, by za chwilę wyrosła tam zielona trawa. Marzę, by się na niej położyć. Dziś rano obudziło mnie słońce, wdarło się pod powieki, przegoniło mary i obiecało jaśniejsze dni. Jestem jakby nieco lżejsza, siadam, nogi swobodnie zwisają z łóżka, witamina D zaczyna działać i ja też mam ochotę na działanie. Może dziś uda mi się utrzymać w pionie moje powieki do końca dnia? Otwieram oczy na nowy dzień.

Wiosno, przybywaj, jestem gotowa, żeby rozkwitnąć!

Privacy Preference Center

Necessary

Advertising

Analytics

Other