Dni, kiedy świat mnie przerasta

Dni, kiedy świat mnie przerasta. Każdy z nas je zna, prawda? Przecierasz oczy i nie wiesz nawet, jak to się stało, że świat jakby nagle przybrał kilka dobrych centymetrów w obwodzie i zamiast kręcić się wokół własnej osi, zdaje się toczyć prosto na ciebie. Oczywiście nie mówimy o tym głośno. Bo jak to tak płakać nad zlewem pełnym naczyń, nad listą zadań  – nie jakichś skomplikowanych, zwykłych codziennych czynności. Inni mają gorzej, nie? A my po prostu marudzimy.

Świat mnie przerasta

Dziś świat jest wielki, a ja z tym swoim marnym metr pięćdziesiąt nie dorastam mu nawet do pięt. Patrzę na niego, moja dorosłość ma trzy latka, trzy i pół, ledwo sięga ponad stół. Z tej perspektywy życie wydaje się być złym panem z opowieści mamy, nie ufam mu i nie dam sobie wmówić, że ma dla mnie garść słodkości. Chowam się w mojej strefie komfortu, głęboko pod kocem, nie wystawiam stóp na zewnątrz i zastanawiam się, czy ktoś zauważy, jeśli jutro zrobię sobie od życia małe wagary.

Jak byłam mała i świat był dla mnie zły, to wyobrażałam sobie, jak od tego świata uciekam z woreczkiem na kijku i niczym Włóczykij, idę szukać lepszych wrażeń. Dziś świat mnie przerasta i też mam ochotę obrócić się na pięcie i poszukać innej bajki, najlepiej takiej z happy endem. Ale dziś przecież świat nic złego mi nie zrobił, oprócz tego, że urósł w kilka chwil do rozmiaru kosmosu. A ja tupię na niego nóżką i obrażam się tak dziecinnie, wycierając w rękaw łzy.

I wiecie co? Tak sobie myślę, że to też jest dobrze. Bycie pełnoetatowym dorosłym, który dzielnie zaciskając piąstki mierzy się ze światem, to nie taka łatwa sprawa. Jutro przecież wstanę, wyłączę budzik i będę znów duża, będę dzielna i na wymiar. Będę szła naprzeciw światu, świat nie będzie przeciw mnie.

Żyjemy w świecie, w którym codziennie każą nam z chwil produkować efekty, choć nie wiem, czy wciąż efektownie żyć. W świecie, w którym trzeba walczyć o swoje, ale nie wiem, czy o siebie też. W którym znamy 10 sposób na sukces, ale ani jednego, jak trzeba żyć.

W tym świecie zapominamy chyba czasem, że słabsze dni przytrafiają się nawet najsilniejszym. I że to też jest w porządku. Mieć gorszy dzień trzy dni pod rząd. Płakać nad rozlanym mlekiem i zlewem pełnym naczyń. Nie być zwycięzcą. Być zmęczoną mamą, zmęczonym tatą, wykończonym człowiekiem. Załamywać ręce. Chcieć się schować przed odpowiedzialnością, przed światem, ludźmi. Chcieć rzucić to wszystko i wyjechać niekoniecznie w Bieszczady. Chcieć kazać się wszystkim odczepić. Chcieć tupnąć nóżką i obrazić się na świat.

Jesteśmy społeczeństwem ludzi sukcesu, sukcesywnie budujemy swoją wieżę z klocków Jenga, a jak ktoś lub coś niefortunnie wyjmie nam jeden element, udajemy, że świetnie się bawimy, bo przecież już nam nie wypada. A ja tupię nóżką i mówię wam, że to nieprawda! Weźmy czasem sobie odpuśćmy. Pozwólmy sobie na słabości. Bo przyznanie się do słabości to dopiero siła!

 

PS Oczywiście jeśli świat przerasta Cię każdego ranka, a złe dni trwają tygodnie i miesiące, to mój wpis nic Ci nie pomoże, ale są specjaliści, którzy mogą. Może to dobry moment, by się do kogoś takiego zwrócić. Trzymaj się!

 

Privacy Preference Center

Necessary

Advertising

Analytics

Other