Tak często zapominam, że mam dobre życie

Po prostu dobre. To jest dobre życie w tej  kawalerce – 20 m2 mojej wynajmowanej swobody. To jest dobre życie z tym brakiem pomysłu na życie. Z codziennym zmęczeniem. Z nie tak aż wieloma obowiązkami, nawet jeśli czasem wydaje się ich zbyt wiele. To jest dobre życie z dobrymi ludźmi, którzy są obok, nawet wtedy kiedy jest nie jest dobrze. I to jest wciąż dobre życie, nawet kiedy momentami nie jest to dobre życie.

Z kłótniami o nie wiadomo co i trzaskającymi drzwiami. Z o jednym słowem za wiele wypowiedzianym w nerwach. Z pieniędzmi niestarczającymi na wszystko, na co bym chciała. Z marzeniami o statusie: to skomplikowane. Z bezsennymi niekiedy nocami. Z pytaniami bez odpowiedzi. Z odpowiedziami od losu, które nie wstrzeliwują się w mój własny klucz. Jest dobrze. Jest naprawdę dobrze.

Na co dzień często myślę o tym, co bym chciała, co powinnam, czego oczekuję od siebie i życia. Za wiele, zdecydowanie za wiele. Przypominam sobie wtedy te wszystkie chwile, których tak mi brakuje. Myślę o momentach, kiedy mój oddech był spokojny, a głowa lekka. Kiedy otulała mnie beztroska. I wiecie co? Ja wciąż dobrze pamiętam, że były to chwile pełne tych samych rozterek i poszukiwań. I z tym szczęściem gdzieś pomiędzy gotowaniem obiadu a biegnięciem spóźnioną na przystanek.

Patrzeć bliżej – widzieć więcej

Coraz częściej to dostrzegam. Sięgam po więcej, ale mocno chwytam to, co już mam. Od czasu do czasu zmniejszam perspektywę. Zamiast patrzeć daleko, pozwalam sobie zauważyć to, co najbliżej. Miewam dziwne przeczucie, że „okey” jest naprawdę okey. Miewam dziwne przeczucie, że nawet jeśli schwytam wszystko to, czego pragnę, że nawet z pełnymi garściami wciąż będzie się liczyć to, co teraz. Ludzie, którzy mnie otaczają, spokojne wieczory i te chwile, kiedy nie szukam sensu. Mam dziwne przeczucie, że z pełnymi garściami wciąż będę szukać czegoś jeszcze i rozbijać się o podobne ściany dylematów. Tak już chyba po prostu jest.

Dlatego spoglądam na własne podwórko, nie zaglądam do sąsiada. Moja trawa jest przecież całkiem zielona. Staram się wciąż osiągnąć więcej, ale pilnuję, by wypatrywanie celu nie przysłoniło mi tego, co po drodze. Takie mamy chyba teraz czasy, taki mamy klimat, by odmierzać szczęście jak od linijki. Mierzyć je sukcesami, tytułami, stanem konta czy fotkami z dobrym filtrem na portalu społecznościowym. I czasem tak jest, że z tym szczęściem to dobrze wychodzimy tylko na zdjęciach. Duże wobec tego szczęścia mamy wymagania. A od siebie jeszcze większe. Biegniemy więc na dźwięk gwizdka. Znam te zawody. Też w nich startuję. Jednak coraz częściej zwalniam tempo. Przystaję. Patrzę na plecy tych, którzy mnie mijają. Nie jestem zwycięzcą. Ale wygrywam wiele.

I zauważyłam, że mniej się wtedy miotam. Spokojniej śpię i swobodniej oddycham. Okazuje się, że bycia szczęśliwym czasem trzeba się nauczyć. Ja wciąż się uczę. By nie stawiać mu warunków. By przestać wierzyć w happy endy, bo szczęście nie jest tylko dobrym zakończeniem. Szczęście to nie tylko fajerwerki.

Kto wie, może już nigdy nie będę tak szczęśliwa jak teraz, kiedy palce tańczą po klawiaturze w rytm słuchanej na słuchawkach muzyki, a w głowie rodzą się kolejne plany. Przede mną życiowe zmiany i wiele pytań, o to jak trzeba żyć. Ale dziś myślę sobie, że może wystarczy po prostu pozwolić życiu biec. Samemu zwalniając tempo.

Privacy Preference Center

Necessary

Advertising

Analytics

Other