Dlaczego boimy się być szczęśliwi?

„Jestem tak szczęśliwa, że aż się boję” powiedziała mi jakiś czas temu przyjaciółka, której życie ostatnio usunęło spod nóg kilka kłód, obiecując chwilowo drogę z górki. I chociaż, żeby znaleźć się w tym miejscu musiała wspinać się na tę górkę niekiedy na czworaka raz po raz upadając, to wciąż miała poczucie, że na to szczęście nie zasługuje. Nie do końca byłam w stanie zrozumieć, skąd ten strach się bierze. Aż do teraz.

Zazwyczaj postrzegam swoje życie jako umiarkowanie dobre, z tymi chwilami szczęścia podczas picia herbaty przed snem czy podczas budzenia się obok osoby, której widok wypełnia tym ciepłym poczuciem bezpieczeństwa. To jest dobre życie, nie mam co do tego wątpliwości.

Ostatnio było jednak… intensywnie. Szukając stabilizacji w prostej codzienności, zostałam zmuszona, by tę stabilizację, która nagle się zdestabilizowała, zmienić. Zmiany były nagłe, nie tylko nieplanowane, ale nawet robiące sporo zamieszania w tym, co do tej pory poukładane było na równych półeczkach kalendarzy. Wymagały podjęcia wielu trudnych decyzji, uwierzenia, że jestem w stanie o wiele więcej niż bym sama się spodziewała i udowodnienia tego sobie i nie tylko… To był intensywny okres, mało spałam, często budziłam się, wpatrując się w sufit, który wydawał się jak zapowiedź mojej przyszłości, rysującej się w niepewnych barwach szarości nadchodzącego poranka.

Nagle w ciągu dosłownie kilku dni wszystko się wyprostowało. Włożony wysiłek zaprocentował, a ja mogłam sięgnąć i czerpać profity. Przy okazji poukładało się kilka innych spraw, które potrzebowały uporządkowania i poczułam się totalnie… szczęśliwa. I jeszcze bardziej przestraszona.

Bo przecież tak w życiu nie bywa, prawda? Żeby długo i szczęśliwie, żeby dni bez zmartwień i perspektywa miłych chwil. Podobno wiedzą o tym rodzice młodszych dzieci, że nagły spokój zapowiada kłopoty. I tak się właśnie poczułam. Jakby życie po cichutku knuło, łudząc mnie ciszą przed kolejną życiową burzą. Moja głowa zaczęła pracować na intensywnych obrotach, podpowiadając wszystkie możliwe czarne scenariusze na temat tego, co może się nie udać. Ze sprawnością psa znajdującego się u twych stóp, jak tylko zdążysz pomyśleć o tym, żeby coś zjeść, zaczęłam węszyć rychłą katastrofę.

I tak właśnie się zastanawiam… Dlaczego? Dlaczego tak się czasem boimy być szczęśliwi? Zauważyłam, że o wiele łatwiej mi przychodzi czerpanie radości ze spokojnych chwil w codziennej zawierusze niż cieszenie się tym, że przez jakiś czas wiatry mi sprzyjają. Jakby jakaś równowaga wszechświata się zaburzała. I chociaż nie przyszło łatwo, chociaż o to szczęście obgryzione paznokcie, o to szczęście drżenie dłoni, o to szczęście zawroty głowy i noce nieprzynoszące wytchnienia, to wciąż boję się uwierzyć.

Szukam w sobie jednak sprawności dziecka, szukam tej pewności tak łatwowiernej, która choć niebezpieczna pozwoli mi uwierzyć, że być może długo i szczęśliwie. Chociaż przez jakiś czas.

Privacy Preference Center

Necessary

Advertising

Analytics

Other