Podsumowanie roku 2018. Jaki był dla mnie rok 2018?

Podsumowanie roku 2018

2018 był dla mnie jak wymagający nauczyciel. Taki, którego docenia się dopiero po czasie, kiedy włożony wysiłek zaczyna procentować. Nie chciałam zmian, nie miałam ochoty się starać. Zbudowałam sobie fort z poduszek i ciepłego kocyka i planowałam w nim pozostać, jedynie od czasu do czasu stając na paluszkach, żeby zerknąć, co się dzieje na około. Kiedy w stronę mojej bazy, mojej kocykowej strefy komfortu zaczęły lecieć kamienie, miałam ochotę obwarować się nimi i nic nie zmieniać. Ale zmiany już zaszły i było za późno, by im zaprzeczać. Musiałam się sporo nagimnastykować, by się do nich dostosować. Musiałam się ponaginać. A los zawieszał poprzeczkę coraz wyżej, zmuszając mnie do tego śmiesznego biegu przez płotki, na który nie miałam najmniejszej ochoty.

Aż nagle okazało się, że nie muszę już biec. Mogę usiąść, ale już nie w bezpiecznej bazie. Mogę usiąść gdzieś z dobrym widokiem na to, co na około. Bo na około zrobiło się całkiem przyjemnie.

Stary rok – nowa ja?

Nie wierzę w postanowienia i obietnice poprawy. Nie wierzę, że człowiek jest plasteinową kulką, którą można dowolnie formować, kiedy kalendarz znów przypomni, że czas na zmiany. Jesteśmy wyrzeźbieni z kamienia i zdecydowanie łatwiej nam coś ukruszyć niż zmienić. Jednak 2018-ty wbił we mnie swoje dłuto i nadał odrobinę inny kształt, chociaż wcale nie miałam tego na zeszłorocznej liście postanowień. Ten rok pokazał mi, że nie mogę wszystkiego, ale wciąż mogę znacznie więcej niż mi się wydaje. Pokazał, że czasem wiara czyni cuda. Wiara w siebie czyni cuda. I że na szczęście zazwyczaj jesteśmy kimś lepszym niż nasze własne wyobrażenie siebie. To ostatnie przyniosło mi sporą ulgę.

***

Teraz siedzę i obracam w dłoniach już za chwilę nieaktualny kalendarz. To był ciężki rok. To był dobry rok. Jednak zdecydowanie więcej kartek kalendarza wywołuje we mnie uśmiech niż grymas niezadowolenia. Patrzę na tablicę na ścianie – przyszpiliłam do niej sporo naprawdę dobrych chwil. Ucieczka przed zimą na słoneczną Maltę, skradzione wakacje w Grecji, których wcale miało nie być, kilka dobrych koncertów, Woodstock, kilku ludzi, z którymi chce się dzielić swój mały świat, ten jeden mokry nos, który sprawił, że w mieszkaniu w najmniej oczekiwanym miejscu i momencie możesz znaleźć sierść i całą garść cudownie bezmyślnej miłości i radości. To był dobry rok.

Chociaż pod oczami wciąż czai się cień zmęczenia, to gdzieś w kąciku ust czai się też uśmiech. Było dobrze. Choć na przyszły rok życzę sobie trochę więcej spokoju. Bo coraz częściej myślę, że spokój jest właśnie tym, czego mi naprawdę trzeba. Nie spektakularnych sukcesów, wygranych wyścigów i rewolucyjnych zmian na lepsze.

 

A jaki dla Was był rok 2018-ty?

 

Privacy Preference Center

Necessary

Advertising

Analytics

Other