Trzecie urodziny bloga

Trzecie urodziny bloga

To nie będzie typowy wpis urodzinowy, bo z okazji trzecich urodzin bloga postanowiłam Wam podarować trochę szczerości. I zdecydowanie nie będzie to szczerość warta wznoszenia toastów z okrzykiem „Sto lat!”

Większość osób pewnie dziś leczy skutki wczorajszego imprezowania, a ja zostawiłam sobie w lodówce trochę bąbelków, żeby jeszcze dziś wznieść mały toast z okazji trzecich urodzin mojego bloga. Chociaż napój w moim kieliszku jest zdecydowanie półwytrawny i cierpko – słodki ma smak. To był dziwny rok.

Na początku złapałam dobre tempo. Sama je sobie narzuciłam. Minimum 2 teksty tygodniowo, codziennie social media. Plus praca na etacie i tak zwane codzienne życie. Nie żalę się, wiem, że sporo osób ogarnia jeszcze więcej i radzi sobie jeszcze lepiej, ale w pewnym momencie to tempo trochę mnie wykończyło. Ale zanim tak się stało, było naprawdę całkiem miło. Widziałam, że odwiedza mnie coraz więcej osób, a muszę przyznać, że nawet garstka kolejnych czytelników, to od zawsze dla mnie powód do dużej radości. Coraz więcej moich tekstów wzbudzało jakieś zainteresowanie, rodziło ciekawe dyskusje, a pamiętam, że jeszcze rok wcześniej właśnie to uważałam za jedną z najsłabszych stron mojego bloga. Wydawało mi się, że nie jestem w stanie skłonić nikogo do przemyśleń i dzielenia się nimi. Nagle się to zmieniło i byłam naprawdę szczęśliwa. Poza tym wzięłam udział w kilku branżowych konferencjach i… zostałam wyróżniona w rankingu Andrzeja Tucholskiego. I już  w momencie jak dostałam informację o tym wyróżnieniu, to czułam się jak jedna wielka oszustka.

Bo jednocześnie coś we mnie gasło. Czułam się jakaś wypalona. Jakbym straciła jedną z ważniejszych dla mnie rzeczy – moje słowa. Miałam wrażenie, że nie mam nic ciekawego do przekazania, że po prostu się spaliłam, zanim tak naprawdę zdążyłam rozbłysnąć. Tematów do pisania miałam sporo, ale pod rękoma nie pojawiały się słowa. I tak przepadł mi ciekawy temat o Grecji, kilka recenzji naprawdę inspirujących książek (to mam nadzieję jeszcze nadrobić) i wiele innych punktów z mojego notatnika z inspiracjami. Wydawało mi się, że powiedziałam już wszystko, co miałam do powiedzenia, a nawet jak próbowałam ugryźć coś nowego, to w zasadzie się tylko się powtarzam. Wciąż te same słowa, podobne stwierdzenia.

Szukałam różnych sposobów na walkę z tym: od całkowitego się odcięcia poprzez codzienne próby pisania, na odpoczynku kończąc. To był naprawdę ciężki czas, czułam się, jakbym straciła część siebie, bo zawsze myślałam, że wszystko może mi się w życiu przytrafić, ale nie to, że przestanę pisać. Będzie źle, będę pisać na smutno, będzie dobrze, będę pisać na wesoło, będę pisać, będę pisać, pisać, pisać…

Pod koniec roku coś jednak drgnęło, a ja poczułam się, jakby ktoś metodą usta – usta wtłoczył mi w płuca oddech. Jakbym dopiero teraz znów mogła oddychać swobodnie, bo w końcu znów byłam sobą. Tak po prostu. I co najbardziej przerażające – bez żadnego powodu, bez złotej recepty na to, jak sobie poradzić następnym razem.

 

Nie wiem, co przyniesie ten rok, tak blogowo jak i życiowo, bo poprzedni przyniósł mi sporo niespodzianek. Wiem za to, że sama sobie z okazji tych urodzin życzę, żeby palce znów tańczyły mi po klawiaturze w rytm moich myśli, a słowa nie gubiły się gdzieś po drodze. O resztę mogę zadbać sama.

I dzięki, że część z Was wciąż tu jest, nawet jeśli mnie czasem nie ma (choć tak naprawdę zawsze jestem). Tęskniłam!