Skurczyły mi się marzenia

Skurczyły mi się marzenia

Skurczyły się do rozmiaru dłoni. Format kieszonkowy, noszę je zawsze przy sobie. Już nie wyciągam rąk po więcej. Składam je w mocnym uścisku i trzymam. W pochmurne dni wsuwam dłonie w kieszenie i grzeję się przyjemnym ciepłem. Gdy prognozy sprzyjają, biorę je w swoje ręce i próbuję zmienić tryb na dokonany. Małymi kroczkami. Przed siebie. Rezygnuję z szaleńczego biegu. Już chyba nawet nie chcę być najlepsza. Może z perfekcjonizmu się jednak wyrasta?

Nie chce mi się żyć spektakularnie. Wolę żyć dobrze i po cichu. Tak na trójkę z plusem za dobre chęci. Całkiem szczerze nie mam pojęcia, skąd się to wzięło i dlaczego zaszła we mnie ta zmiana. Stoję trochę jakby z boku, zdziwiona przyglądam się sobie i jeszcze nie do końca jestem pewna, czy to zmiana na lepsze. I czy lubię tę nową wersję siebie, nawet jeśli lepiej mi się śpi.

Wychodzę rano i wciąż zadzieram głowę w kierunku chmur, jak miałabym żyć, nie wiedząc, jakie nade mną niebo? Wciąż nie zasnę, jeśli przed snem nie odwiedzę któregoś ze swoich światów. Ale w końcu wiem, że świat się nie zawali, jeśli go nie podbiję. Nawet mój własny świat z tego powodu nie runie w gruzach. Może to wcale nie jest mój świat? Może to nie jestem ja? Wygrane bitwy, sukcesy, pierwsze miejsca, światła reflektorów sprawiają przecież, że przesłaniam oczy i szukam cienia.

Czy odpuściłam? Sobie – na pewno. To nie tak, że do niczego nie dążę, że nie śnią mi się małe sukcesy i codzienne zwycięstwa. Że stanęłam w miejscu i razem ze swoimi marzeniami postanowiłam przejść na tryb osadniczy. Ja chyba muszę się po prostu dobrze zastanowić, czego tak naprawdę od życia chcę. Zanim życie sprawi mi psikusa i któreś z moich (moich? no właśnie, czy na pewno moich?) marzeń spełni. A potem postawić krok. Najpierw ostrożnie, pomalutku, za nim kolejny, by nie zgubić tempa i tak krok po kroku ruszyć do celu. Może po drodze, znów inna ścieżka wyda się być przyjemniejsza. Może znów zmienię kierunek. Może znów wejdę na tę drogę, która prowadzi donikąd. Nikt mi nie da gwarancji. Nikt nigdy nie może dać gwarancji.

Dziś cieszą mnie drobne rzeczy. Konsumpcjonistyczną radość sprawiają mi ładne długopisy i mój kalendarz, w którym będę  nimi pisać, nawet jeśli jeszcze nie mam pojęcia, jakimi mogę go wypełnić planami. Cieszy mnie książka, którą czytam i świat, do którego mnie zaprosiła –zwiedzam go z ciekawością, a rano wstaję jakby z większym entuzjazmem, czekając aż wsiądę do tramwaju i mijając kolejne przystanki, będę przemieszczać się po stronach, miejscach i wydarzeniach. Cieszą mnie spacery z psem tuż przez snem, kiedy inni spacerowicze już dawno w domach. Cieszy mnie cisza miejskiego blokowiska i nie przeszkadza mi nawet każdy krzaczek, przy którym musimy stanąć celem obwąchania. Staję i wdycham zapach deszczu lub mroźnego powietrza. Pozwalam mu swobodnie wypełnić mi płuca, na chwilę zapominam, dopiero napięta smycz przypomina, by ruszyć dalej. Niezmiernie cieszą mnie słowa, która znów chętnie wychodzą spod moich palców, jakby wybudzone z jakiegoś zimowego snu. Choć sama chyba jeszcze nie do końca się wybudziłam.

Żyję sobie wpół na jawie. Żyję sobie tak po troszku. Skubię to życie kawałek po kawałeczku. I chwilowo czekam na rozwój wydarzeń, pozwalając im płynąć mi przez palce, nadając nurt. Nie chce mi się już płynąć pod prąd. Jeszcze chyba chwilę poczekam i zobaczę, dokąd mnie to zaniesie.