A co Tobie przynosi szczęście?

A co Tobie przynosi szczęście?

Pisałam Wam już wcześniej, że styczeń to dla mnie specyficzny miesiąc. To dla mnie czas, żeby się trochę zatrzymać i zauważyć to, co sprawia, że gdzieś pod żebrami, choćby na chwilę, umiejscawia się jakaś taka cieplutka kuleczka szczęśliwości. W tym miesiącu szukam tych chwil, tych kuleczek i staram się pozwalać im toczyć się jak najdłużej.

Zobaczcie moją listę szczęśliwości!
Dzień spędzony w łóżku

Z przerwami jedynie na spacery z psem. Poczułam się trochę, jakbym zrobiła sobie takie małe wagary od życia. Albo jakbym nakłamała temu życiu, że brzuszek i główka i proszę napisz mi usprawiedliwienie. A kiedy tylko spuściło mnie ze wzroku, ja urządziłam sobie prawdziwy dzień lenia. Książka, gry, spacery z psem, pisanie, malowanie w kolorowankach dla dorosłych. Wiecie, że lenistwo cieszy się niepotrzebnie taką złą sławą? Czasem właśnie tym, czego potrzebuję, żeby wziąć się do roboty, to właśnie taki jeden dzień ukradziony światu, dzień wyjęty spod odpowiedzialności.

Dobra książka

Dobra książka to w ogóle ciężkie pojęcie. W poprzednim roku przeczytałam sporo dobrych książek, ale mało takich, które dały mi szczęście. Gracze mają określenie grywalności. Czyli gra może mieć kiepska grafikę, mogą być jakieś niedociągnięcia, ale grywalność jest tak świetna, że wciąga na długie godziny. I ja mam podobnie z książkami. Uwielbiam książki pięknie, ciekawie napisane. Styl pisania jest dla mnie niejednokrotnie ważniejszy od fabuły. Czasem jednak czytam książki, które podziwiam. Za wiele rzeczy: za warsztat, za budowanie historii. Jednak nie myślę o losach bohaterów zanim zasnę. Nie czekam o poranku, żeby znów zajrzeć do tego świata. Liczy się też dobra czytalność. Wtedy książka daje mi prawdziwe poczucie oderwania.

Ostatni spacer z psem przed snem

Chodzę spać raczej późno (a raczej nawet za późno, co stwierdzam każdego ranka). Na ostatni spacer z psem chodzimy tuż przed pójściem spać. Dla większości innych spacerowiczów to jest raczej pora zgaszonych świateł. Dlatego tak bardzo lubię ten moment. Wiecznie śpieszące się gdzieś miasto, miejskie blokowisko, nagle zwalnia oddech, zawiesza pogoń. Cisza. Nieliczne światełka w oknach. Spokój. I jedynie odgłosy naszych kroków plus pochrapywanie wiecznie podekscytowanego psa.

Ludzie

Po prostu. Ludzie, których wokół siebie mam. Wydaje mi się, że za rzadko to doceniamy. A może to tylko ja? Pewnie, że są to ludzie nieidealni (są w końcu ludźmi, prawda?). Ale doceniam ostatnio takie chwile, jak uśmiech Adama, kiedy spotykamy się w tym samym tramwaju, wracając z pracy (to niesamowite, że po tylu latach, ktoś się tak szczerze cieszy, że Cię widzi- KAŻDEGO DNIA) czy rozmowę z przyjaciółką, gdy naprawdę rozumiemy się bez słów albo to, kiedy w naszej małej kawalerce gości mój brat z dziewczyną i nikomu nie jest za ciasno, a wręcz przeciwnie, robi się potem jakoś tak za pusto. Rozmowa z rodzicami i to jak wciąż, dzwonią powiedzieć, że nadchodzą mrozy i mam się ubrać ciepło. Ludzie to tak naprawdę najciemniejsza „rzecz” jaką możemy mieć.

 

Tych momentów, które ostatnio próbuję schwycić jest znacznie więcej. To ten moment, kiedy wita mnie pies po powrocie z pracy i nawet jeśli myślę sobie, że miałam tak kiepski dzień, że nie dam rady się uśmiechnąć, już po przekroczeniu progu stoję roześmiana. Lub  kiedy uda mi się wstać wcześniej i przed codzienną gonitwą zjeść śniadanie w zupełnej ciszy i bez pośpiechu. To, że dobrze ostatnio mi się pisze (to już jest szczęście totalne). To, że piję aromatyczną herbatę. Ciepła kąpiel po ciężkim dniu. Kiedy ktoś bliski pisze „tęsknię”. Gdy ktoś pisze Ci „jesteś dla mnie inspiracją”. Kiedy ludzie czytają teksty. Kiedy wyjdzie mi pyszny obiad. Kiedy w pracy ktoś komu pomogłaś, pisze „You are a star!” Kiedy widzisz się z przyjaciółką, o którą może się czasem martwiłaś i widzisz, że jest totalnie szczęśliwa. I już się nie martwisz. Kiedy świeci słońce. Kiedy wiem, że sobie radzę w czymś, o czym kiedyś myślałam, że to nie moje progi. Kiedy mam chwilę tylko dla siebie. Kiedy mam czas dla przyjaciół. Kiedy mam czas…

 

Minimalizm jest ostatnio w modzie. A ja ostatnio próbuję być wewnętrzną minimalistką. Zorientowałam się, że gonitwa za wielkim celem dostarcza mi jedynie zadyszki. Już mi się nie chce. Już nie mam siły. Dlatego z czułością przygarniam małe momenty, tak zwykłe przecież chwile. To właśnie wtedy jestem najspokojniejsza.

PS Jeśli szukacie w sobie tej sztuki zatrzymania i uważności, to z całego serca polecam bloga Agnes on the cloud. Ta fantastyczna dziewczyna pewnie sobie nawet nie zdaje sprawy, jak bardzo mnie uczy, jak trzeba żyć. I w dodatku, jak pięknie pisze!

A co Wam przynosi ostatnio szczęście?