Jeszcze tylko trochę

Jeszcze tylko trochę

Ostatnio żyję jeszcze tylko trochę. Jeszcze tylko trochę i widok za oknem rozleje się jakby ktoś nieostrożnie strącił pastelowe farbki – żółć się zmiesza z błękitem i zielenią. Jeszcze tylko odrobinę i rumieńce z chłodu ustąpią miejsca piegom otrzymanym w prezencie od słońca. Jeszcze odrobinę i w stopy będzie mnie łaskotać świeża trawa. Jeszcze tylko chwilka, jeszcze momencik.

Tryb „jeszcze tylko trochę” to mój typowy stan w lutym. Kiedy na drodze do wiosny staję przed drogowskazem „tak blisko, ale jednak tak daleko” zamieniam się w małą, niecierpliwą dziewczynkę. Zaciskam piąstki i niespokojnie przebieram nogami. Pod wpływem ostatnich sprzyjających warunków meteorologicznych kupiłam nowe trampki, wpuściłam trochę wiatru do szafy i sprawdziłam, jak się mają moje kwiatki rozkwitające na sukienkach. Już, już prawie widziałam siebie w jednej z nich, niebo błękitne nade mną, trawa niebieska pode mną. A w głowie wiosna już od tygodnia. Chociaż wiosna dopiero kiełkująca, przedzierająca się ciągle między „żyj i daj spać innym (czyli mnie)” i „nie podchodzić – człowiek pod napięciem”. No cóż, nie zawsze świeci we mnie słońce. Chociaż, kiedy za oknem świeci, żyję jakby lżej. Zapominam się martwić i zerkać na zegarek, nawet w pracy! Ostatnio wychodząc ze szklanego biurowca przypomniałam sobie, że zapomniałam wypić poranną kawę. Tę popołudniową też. Powód? Słońce ciurkiem wlewało mi się na biurko przez większość dnia.

To śmieszne, jak często nam się wydaje, że tak nad wszystkim panujemy, rozwój, cywilizacja, smartfony, komputery. A wystarczy odrobina słońca, by chciało się żyć. Natura ma nad nami władzę stanowczo większą niż nam się wydaje. I bardzo dobrze. Jeszcze tylko trochę i tej słonecznej władzy poddam się bez walki. Teraz jeszcze chwilowo walczę z okresem przejściowym, który przyprawia mnie o sińce pod oczami, więc chyba nie ma wątpliwości, kto przegrywa. Jeszcze tylko trochę…

Zima powoli topnieje, a ja się czuję, jakbym się spóźniła z zapadnięciem w zimowy sen. Chodzę półprzytomna, ale powtarzam sobie, że to wiosenne przesilenie. Coś, co ma w nazwie wiosnę od razu staje się lepsze, nie sądzicie? Sami zobaczcie. Mało kto lubi deszcz. Ale wiosenny deszcz? To już co innego. Czy ktokolwiek może mieć złe wspomnienia z nagłym, wiosennym deszczem? Pamiętam, jak raz złapał nas nad rzeką. Schowaliśmy się pod mostem i patrzyliśmy jak świat moknie i jak pies co chwilę wychyla głowę, by zlizać świeże krople prosto z trawy, mimo miski stojącej obok. Kiedy indziej, wiosen szesnaście, deszcz dopadł nas tuż pod moim blokiem. Schowaliśmy się przed nim, ale nie na długo, bo przecież przypomniałam sobie te wszystkie filmowe, romantyczne sceny rozgrywające się w deszczu. „Chodźmy się całować! Jak na filmach!” – zawołałam. I tak staliśmy, mokliśmy i całowaliśmy się w wiosennym deszczu. Jeszcze tylko trochę i może znów nas dorwie, skubany. Jeszcze tylko trochę…

Wiosna to rozkwitanie. A ja trochę przywiędłam tej zimy, jak co roku zresztą. Ale już niedługo. Jeszcze tylko trochę. Jeszcze odrobinę. I świat znów zapachnie świeżo skoszoną trawą. Wiosna zawsze dla mnie pachniała świeżo skoszoną trawą. Jeszcze tylko trochę…