Nikogo nie obchodzi Twój wyścig

Nikogo nie obchodzi Twój wyścig

Problem w tym, że Twój wyścig naprawdę nikogo nie obchodzi. Im szybciej sobie to uświadomisz, tym lepiej.

Dzisiaj rozmawiałam z bratem i jego znajomymi. Tegoroczni maturzyści. Od kilku miesięcy nieustannie słyszą, że oto właśnie ważą się ich losy. W pocie czoła jak ten przysłowiowy kowal, wykuwają właśnie swoją przyszłość. Wszystko to brzmi pięknie, wzniośle i odrobinę przerażająco. Problem w tym, że to (wybaczcie) gówno prawda. Możesz już w podstawówce wiedzieć, czego chcesz i element po elemencie wykuwać swój los. Możesz nie wiedzieć zupełnie, czego chcesz mając lat 50. Bywa. Ale na pewno nie jest tak, że w wieku kilkunastu lat podejmujesz decyzje, które zaważą o Twojej przyszłości. Mogą zaważyć. A mogą z przyszłością nie mieć wspólnego nic. Bo zdanie i los można zmienić zawsze. Choć nie zawsze nam się musi to udać, bo o ile wierzę, że zawsze jesteśmy kowalami swojego losu, to wiem, że czasem mamy beznadziejne narzędzia i  możemy nimi co najwyżej zrobić sobie krzywdę.

Życie to nie wyścig. To nie jest tak, że w wieku 18 lat musisz wiedzieć, czego chcesz. Przed trzydziestką nie musisz jeszcze mieć męża/żony, domu, dziecka i psa (choć oczywiście możesz). Nie musisz osiągnąć sukcesu przed czterdziestką ani pięćdziesiątką i generalnie to naprawdę nie musisz nic. Nie wiem, dlaczego tak często nam się mówi, że coś tam wypada. Nie wiem, dlaczego tak często stawiamy sobie jakieś bezsensowne deadline’y i rozwijamy wciąż niekończącą się listę zadań. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że możesz naprawdę ciężko pracować przez całe życie, by się ze wszystkim uwinąć na czas, ba, możesz nawet spritnem dobiegać do mety przed pozostałymi, możesz więcej, szybciej i mocnej. I wiesz co? Nikogo to tak naprawdę nie obchodzi. No może poza najbliższymi i tymi, którzy Ci życzą, żebyś gdzieś w tym biegu złamał nogę. Ludzie z reguły interesują się głównie swoim życiem. I bardzo dobrze! Jeśli więc nie masz ochoty na zadyszkę, jeśli wcale nie zależy Ci na tym, żeby wyrobić się z tym czy innym życiowym zadaniem na czas, to odpuść! Naprawdę odpuść… sobie.

Życie mi się tak śmiesznie poskładało, że przez większość czasu pędziłam, z trudem, łapiąc oddech i jak na złość cały włożony wysiłek nie przynosił skutków. Byłam chyba tym kowalem, któremu trafiły się kiepskie narzędzia. Wciąż wyobrażałam sobie siebie na podium, no wiecie, będzie super, bliscy będą dumni, przyjaciele szczęśliwi, a ta osoba, co mi kiedyś powiedziała, że ze swoim podejściem, to ja nigdy do niczego nie dojdę, ona to już w ogóle zobaczy. No a potem sobie zdałam sprawę. Zdałam sobie sprawę, że nikogo to nie obchodzi. A co najważniejsze, że zupełnie nie obchodzi to mnie. Nie mój wyścig i nie moje kredki, czy jakoś tak.

No i zaczęłam sobie spacerować, czasem pokręcę się w kółko, a czasem zupełnie przypadkiem, jakoś chyba na skróty, trafię tam, gdzie nawet nie myślałabym, że zdołam dobiec. Wiecie ogólnie te wszystkie mety i pierwsze miejsca są w porządku. Ci bliscy naprawdę będą dumni, a przyjaciele szczęśliwi, a może i nawet pójdzie pięty tej osobie, co Wam życzy upadku. Ale przede wszystkim ten wyścig musi obchodzić właśnie Was. Inaczej nie ma sensu stawać na starcie. Są znacznie ciekawsze szlaki do przetarcia.