Syndrom ucieczki.

Syndrom ucieczki.

Wszyscy czasem to mamy. Życie zagania nas w ślepą uliczkę, a my marzymy tylko o tym, żeby obrócić się na pięcie i zostawić po sobie jedynie uniesioną warstwę kurzu wzniesionego naszym pędem. Niestety dorosłość polega między innymi na tym, że zamiast uciekać, szukamy wyjścia z tej sytuacji. Chociaż od czasu do czasu uciekamy z własnej głowy i zastanej sytuacji chwilowo pokazujemy plecy.

Ja uciekam regularnie. Nie jestem najsilniejszym wojownikiem rzeczywistości. Na co dzień staram się być dzielna i iść nawet pod prąd (najczęściej pod prąd swoich własnych lęków, a tych mam niestety sporo). Uciekam z różnych powodów. Kiedy dzieje się coś złego – to oczywiste. Kiedy dzieje się coś dobrego, co wymaga ode mnie przekroczenia strefy komfortu o całe kilometry lub wykrzesania siły z własnych słabych stron. Wtedy uciekam również.

Z własnej głowy uciekam najczęściej w myśli innych ludzi. Książki. Pamiętam dni spędzone z „Małym życiem”, kiedy moje własne życie okazało się być wielkim wyzwaniem. Siedziałam zawinięta w ciepłe gniazdo uwite z kołdry, kiedy odebrałam wiadomość zapakowaną w kopertę. Zwykła biała koperta, która mogła zawierać kolejną reklamę, a jednak zawierała coś zupełnie innego. Na takich przesyłkach powinni naklejać ostrzeżenia „Uwaga, można się potłuc”. Przerwałam papier i poczułam się, jakbym stała nad przepaścią, plecami w stronę otchłani i nagle pstryk! Lekkie szturchnięcie i opadanie. A potem długie godziny z lekturą, znacznie lepiej stawało mi się oko w oko z tragediami bohaterów niż z własnym światem. Ale kiedy zamknęłam książkę i po kilku dniach złożyłam wreszcie łóżko, wiedziałam. Wiedziałam, że nie jestem gotowa, ale wiedziałam, że muszę.

Czasem uciekam w muzykę. Najczęściej wtedy, gdy nikt, ale to nikt mnie nie rozumie i tylko tekst płynący ze słuchawek wyraża, co czuję. Idealna symbioza, jakby ktoś nagrał soundtrack do mojego życia. Jestem tylko ja przeciwko światu, ale przynajmniej staję do tej walki w dobrym tonie.

Lubię uciekać w pisanie. Ostatnio nie podobał mi się bałagan w mojej głowie, więc postanowiłam uporządkować go w równych linijkach mojego dziennika. Wróciłam do tego po latach, bo regularnie powiększałam stosik zapisanych zeszytów między 9 a dwudziestym którymś rokiem życia, a teraz na nowo odkrywam zalety. Traktuję ten zeszyt trochę jak Myślodsiewnię z Harrego Pottera. Rozterki przelane na papier wydają się mniej uwierać głowę. Czasem problemy nabierają sensownego kształtu, a niekiedy patrzę na nie z dystansu i jakoś tak maleją i tracą na ważności. Polecam.

Syndrom ucieczki dopadł mnie ostatnio ponownie. Regularnie zatapiam się czytaniu, muzyce lub pisaniu. Jeszcze wciąż mam ochotę odwrócić się na pięcie i zwiać, ale przecież wiem, że nie mogę. Tak to już wygląda dorosłość. Uciekać możemy tylko na trochę, na chwilę zniknąć życiowym wyzwaniom z pola widzenia. Przez moment zamknąć w ciemnej szafie w swojej głowie te wszystkie mniejsze i większe potwory i udawać, że nie słyszymy jak natrętnie drapią w drzwi. Prędzej czy później będzie trzeba otworzyć.

Ja póki co idę trochę poczytać, ale obiecuję Wam, że za kilka dni przekręcę kluczyk.

 

A Wy, dokąd uciekacie?