U mnie wszystko super.

U mnie wszystko super.

A mnie się wydaje, że jednak się zmieniliśmy. Że jednak na pytanie co tam, to my już nie, że stara bieda, że szkoda gadać i daj Ty w ogóle spokój. Coraz częściej dzięki, u mnie wszystko super. Coraz częściej naciągamy usta w kształt łódeczki i nakładamy na rzeczywistość filtr. Jak na Instagramie. Tak jest łatwiej. Tak jest lepiej. No i nikt nie powie, że nie dajesz rady.

Ostatnio przyjaciółka spytała mnie, jak to jest, że jej babcia była taka mocna. Więcej obowiązków, więcej utrudnień. A my chwiejemy się jak listki przy najmniejszym podmuchu niesprzyjających wiatrów. Uginamy się pod ciężarem obowiązków i aż chciałoby się zaśpiewać:

„Każda, każda ręka i noga
Cały mój świat potrzebuje psychologa
Cały mój kraj potrzebuje psychologa
Cały mój świat, żeby stanąć na nogach”

(Happysad – „Psychologa”)

Choć przecież i tak głośno o tym nie mówimy.

A ja myślę, że kiedyś ludzie musieli być mocni. Twardzi. Życiowe zacięcie płynęło w żyłach. Dziś ludzie muszą być perfekcyjni. Szybcy. Multizadaniowość płynie nam w żyłach. My płyniemy na fali, a kiedy ta chwyci nas za stopę i wciągnie na dno, ostatnim tchnieniem krzykniemy: u mnie wszystko super!

Pracuję w środowisku multikulturowym i też to widzę. I’m fine odpowiadają angielskojęzyczni, jak wyuczoną formułę. Jakby mówili „Dzień dobry”. Na jednym wydechu. W zasadzie pytanie How are you? nie zakłada negatywnej odpowiedzi. Szwajcarzy są bardziej wylewni I’m fine odpowiedział mój szwajcarski kolega, po chwili dodając Żartowałem, ten dzień to koszmar. Nie daję rady. I już wiedziałam, że się polubimy. Bo ja też czasem nie daję rady. I czasem jestem bardzo daleko od fine. Pomimo tego, że moje ostatnio lubię swoje życie, to są dni, które stają mi w gardle, a ja z trudem przełykam kolejne godziny.

I tak sobie myślę. Może wcale nie musimy być mocni, jak nasze babcie? Idealni jak nasze profile w mediach społecznościowych. Nasze babcie też miały gorsze dni.  Każdy miał. Jak sama mam taki dzień, to wyobrażam sobie ludzi, którzy coś osiągnęli. Np. wielkich pisarzy, znanych aktorów czy po prostu osoby, które podziwiam. I myślę sobie, że oni też czasem wstawali i czuli, że ten dzień nie należy do nich. Też wylewała im się kawa, dostawali kosza, brakowało im do pierwszego, popełniali błąd czy narobili sobie wstydu. Też nie dawali rady. Ot, życie po prostu.

I może o to właśnie w tym wszystkim chodzi? O równowagę. O to, żeby zauważyć, jak miłe są niespieszne poranki o zapachu kawy czy zatrzymać się nad drzewem, które nagle znów wypuściło trochę zieleni. Dotykać. Doceniać. Oddychać. A kiedy życie wpisze nam w kalendarz zupełnie nieplanowany kiepski dzień, to nie pudrować go kolejnym dam radę. Pewnie, że dasz! Ale nie musisz zawsze być nieustraszonym wojownikiem codzienności. Czasem możesz złożyć broń. Ja mogę czasem złożyć broń. Pisałam Wam już, że większość tekstów piszę dla siebie, prawda?

Dlatego, jak mnie spytasz, co słychać, może powiem Ci, że super. Może opowiem Ci, jak dobrze się schować w wysokiej trawie, patrzeć w niebo i zgadywać, jaki kształt mają chmury. Może powiem Ci, że dobrze, że jesteś, bo na Twój widok kąciki ust skaczą mi wysoko. Może powiem Ci, że w pracy udało mi się zmienić niemożliwe w zrealizowane. A może powiem Ci, że oddech ugrzązł mi gdzieś po drodze, kiedy musiałam wykonać trudny telefon. Może powiem Ci, że się na kimś dziś zawiodłam. Może powiem Ci, że się na sobie zawiodłam. Może powiem Ci, że coś mi nie wyszło. Może powiem Ci, że nie daję rady. Brzmi uczciwie, prawda?

A Ty jak się dzisiaj masz?