Powiem Ci, jak naprawdę wygląda wychodzenie ze strefy komfortu

Powiem Ci, jak naprawdę wygląda wychodzenie ze strefy komfortu

Prawie zapomniałam jak wygląda moja strefa komfortu. Ostatnie tygodnie spędziłam daleko i wciąż spędzam poza nią, a jej zarys jedynie majaczy mi gdzieś poza horyzontem. Zazwyczaj zerkam w jego stronę trochę zmęczona i mam ochotę wysłać pocztówkę „tęsknię”. Opowiem Ci, jak wygląda wychodzenie ze strefy komfortu, które tak pięknie lśni i wali nas po pysku z tych wszystkich sloganów, które nam mówią, że wystarczy po prostu wstać z tej kanapy. Otóż nie. Nie wystarczy.

Musisz wstać i pójść do celu, który chcesz osiągnąć, ale musisz iść drogą, której ani trochę nie masz ochoty przemierzać. Będziesz jak ten bohater kiepskiego horroru, który zagląda we wszystkie najmniej przyjemnie wyglądające zakątki, stając oko w oko z własnymi potworami. Wychodzenie ze strefy komfortu to nie jest wzniosła historia sukcesu, pisana wysiłkiem, staraniami i niezachwianą drogą do celu. Chwiejesz się w zasadzie co chwilę, jeszcze częściej żałujesz i myślisz „po co mi to było”, choć tak naprawdę doskonale wiesz, po co. Jeśli nie wiesz, to zawróć. Nie ma sensu.

Wiecie jak wygląda tak naprawdę wychodzenie ze strefy komfortu?

Wychodzenie że strefy komfortu to spocone dłonie, głos uwięziony gdzieś w przełyku, jakby zapomniał drogi na zewnątrz i ciągle poczucie, że ten skok na głęboką wodę skończy się na dnie. Każda nadchodzącą fala wydaje się mieć na celu zmiecenie Cię z powierzchni, już czujesz, że nie dasz rady, że teraz już po Tobie, klatka piersiowa waży tonę i coraz ciężej Ci oddychać. A potem jakoś wypływasz, trochę jakby bardziej na fali niż pod nią i to, co Cię dawniej przerażało, staje się jakoś bardziej komfortowe.

Oczywiście nie mam zamiaru wmawiać nikomu, że jeśli zawsze przerażały nas np. publiczne wystąpienia, to za jakiś czas będziemy w stanie robić to zupełnie komfortowo. Nie zawsze tak jest. Ale czasem trzeba zadowolić się samym „będziemy w stanie to robić ”. Tak po prostu. Czasem to i tak wiele. Oczywiście, jeśli gdzieś pomimo strachu uważamy, że tego właśnie potrzebujemy.

No właśnie, kiedy i po co w ogóle wychodzić z tej strefy komfortu? Często piszę o tym, że przecież nie musimy być zwycięzcami ani ludźmi sukcesu. O tym, że nie musimy być na 100%, bo 30% też jest czasem całkiem spoko. Nie musimy się ścigać. A tutaj nagle rzucam Wam w twarz tekstem o wychodzeniu ze strefy komfortu. Otóż, ja nadal uważam, że 30% jest spoko, a sukcesy nie są miarą szczęścia i bycie wystarczającym jest naprawdę wystarczające.

Uważam też jednak, że ze strefy komfortu powinniśmy wychodzić zawsze wtedy, kiedy z tą strefą komfortu czujemy się coraz mniej komfortowo. Jeśli nie odczuwasz potrzeby ciągłego pokonywania samego siebie, to tego nie rób! Jeśli zupełnie komfortowo czujesz się z tym, że nie lubisz rozmów telefonicznych i nie odczuwasz potrzeby zmiany tej cechy, to tego nie rób. Jeśli jesteś spokojną, cichą, nieśmiałą osobą, ale w zasadzie lubisz siebie i nie masz ochoty walczyć o swoją przebojowość, to nie walcz. Wracaj pod kocyk, urządź swoją strefę komfortu jak najwygodniej i bądź szczęśliwy. I piszę to zupełnie bez ironii.

Ja również kocham swoją strefę komfortu i dużo w niej przebywam. W końcu w życiu nie chodzi o to, żeby ciągle łazić tam, gdzie jest nam brzydko, źle i strasznie. Jednak czasem warto. Po to, żeby podbić te obszary, które kiedyś były poza naszą strefą komfortu, by zaanektować je i przyjąć jak swoje. Po to, by poczuć, jak płuca rozszerzają się pod wpływem „tego” oddechu. Oddechu ulgi i dumy z samego siebie. Po to, żeby czuć, że się rozwijamy. Że jednak potrafimy. Że nie musimy, ale możemy.

A wiecie, co kiedyś było bardzo, bardzo poza moją strefą komfortu? Podzielenie się napisanym przez siebie tekstem chociaż z jedną osobą. Kiedy pierwszy raz otworzyłam swój notatnik przed najbliższą mi osobą, schowałam się jak dziecko i czytałam, nie patrząc jej w oczy. Zaraz po tym popłakałam się z upokarzającego wstydu, że podzieliłam się czymś tak dla mnie wtedy intymnym. Rację miał Marek Hłasko, pisząc „Książki warto pisać tylko wtedy, jeśli przekroczy się ostatnią granicę wstydu; pisanie jest rzeczą bardziej intymną od łóżka; przynajmniej dla mnie”.

A kiedy pierwszy raz kliknęłam „opublikuj”, czułam jak żołądek wiruje mi jak bęben pralki i nie były to motylki w brzuchu. Czułam się, jakbym się rozebrała i wyszła na miasto, wiecie, jak w tych snach, kiedy nagle orientujecie się, że nie jesteście ubrani. Czy było warto? Pewnie! Bo w końcu tego właśnie chciałam, mimo że tak bardzo mnie to przerażało. I o to w tym wszystkim chodzi. O to, żeby odpowiedzieć sobie na to jedno zajebiście ważne pytanie. Co chcesz w życiu robić? Kim chcesz być? Przynajmniej w tym momencie życia. Przynajmniej w tej chwili. A potem z całych sił próbować to robić. Bez względu na to, czy jest to leżenie pod kocykiem, czy skakanie na głęboką wodę.