Ja też się boję, że marnuję życie

Marnuję życie

Boję się wielu rzeczy, posiadam magiczną zdolność powiększania każdego zmartwienia i tak w mgnieniu oka mały pyłek zamienia się w kamień, o który potykam się boleśnie. Na co dzień staram się z tym walczyć, z różnym skutkiem. To co ostatnio przeraża mnie jednak najbardziej, to czas.

Tak, ja też się boję, że marnuję życie. Spokojnie. Wszyscy się tego boimy. Nikt nam nigdy nie wystawi przecież dyplomu, nie przybije piąteczki mówiąc „Brawo! Robisz to dobrze”. Żyjemy trochę po omacku, badamy teren, szukając własnych dróg. Nieraz wpadając w pokrzywy czy inne bagno. Żyjemy w czasach wielu ścieżek i chyba najtrudniej jest odpowiedzieć sobie na pytanie, która z nich jest najlepsza. A jeszcze trudniej „która z nich jest najmojsza”. Ja wciąż nie wiem. To znaczy czasem wiem, a potem nagle nie mogę w nocy zasnąć, bo jednak znów nie wiem. Jednak znów mi się zdaje, że zmierzam donikądZnów marnuję życie.

Poczucie przemijalności dotknęło mnie już w zasadzie jakiś czas temu. Może nawet przed osiemnastką. Zauważyłam, że nawet jeśli naprawdę „mogę wszystko”, to mam na to bardzo ograniczony czas. Wcześniej ten czas postrzegałam jako bliżej nieuformowaną i nieskończoną masę, tylko czekającą aż nadam jej odpowiedni kształt. Później jednak zorientowałam się, że ta masa to jednak nie, gotowa rozciągać się w nieskończoność guma, a raczej plastelina. W zależności od okoliczności i narzędzi, mogę zmieniać jej kształt i formować. Nie jestem jednak w stanie rozciągnąć jej według własnych upodobań. Czas, który mamy to jedynie limitowany odcinek i w zasadzie nigdy nie możemy być pewni, czy ktoś nagle nie zawoła „zabawa stop”.

Dlatego coraz bardziej się staram, by ta zabawa przynosiła mi jak najwięcej przyjemności. Dlatego coraz częściej pytam sama siebie, czego właściwie chcesz? Nie od życia, bo jeśli o to chodzi, to zaczynam godzić się z tym, że być może nigdy nie znajdę na to pytanie odpowiedzi. Raczej pytam, czego oczekuję od siebie, otoczenia czy przyszłości w jej bliżej niezdefiniowanym odcinku. Czego chcę teraz, czego potrzebuję. Z reguły odpowiedź wcale nie przychodzi mi tak łatwo.

Jak każdy z nas, mam swoje demony, które budzą się, kiedy ja próbuję zasnąć. Sporo z nich wygnałam już spod łóżka, machając im na do widzenia. Z niektórymi stoczyłam walkę, z innych po prostu wyrosłam. Jednak życie ma to do siebie, że nie lubi próżni, dlatego na miejsce jednych, szybko przychodzą kolejne. Tym, który ostatnio najmocniej ściska mnie za gardło jest właśnie dawne poczucie wieczności, które w ciągu kilku lat skurczyło się jak sweter w praniu. Ograniczoność czasu coraz boleśniej wpija się i uwiera, a ja jeszcze nie zawsze wiem, co z tym zrobić. Jakoś chyba zbyt późno odczytałam informację pisaną małym druczkiem „Uwaga, oferta limitowana czasowo”.

Dlatego uczę się zauważać. Dostrzegać. Doceniać. W kółko przypominam sobie, że mam tylko jedno życie, więc nie warto nawet jego odrobiny dawać w prezencie osobom czy sprawom, które nie są dla mnie istotne. Coraz mniej żyję po to, by spełniać jakiekolwiek inne oczekiwania niż swoje własne. To, że nie zawsze jestem w stanie zdefiniować swoje własne oczekiwania, to już inna sprawa.

A potem patrzę na swojego psa i z reguły nie mam wątpliwości, kto jest najszczęśliwszą istotą w otoczeniu. Jego przepis na szczęście jest prosty i jest gotowy na już. Szczęście to spacer, szczęście to pyszne jedzonko, szczęście to przytulić się do kogoś, kogo się kocha czy biegać w kółko, gdy tylko przestrzeń przestanie być ograniczona zasięgiem smyczy. Bezrefleksyjność przy jednoczesnym skupieniu się na chwili. Niepotrzebne plany, zadania, cele i rozliczanie się z nich. Chciałabym się tego nauczyć.

I uczę się. Z dnia na dzień. Z godziny na godzinę. Raz lepiej. Raz gorzej. Ale z całych sił się staram. W końcu wiem już, że nie mam na to całej wieczności.