Uciekam w siebie

Nie znam bezpieczniejszego miejsca niż ten jeden kącik w swojej głowie. Kiedy świat zewnętrzny wdziera do środka, uciekam właśnie tam. Posiadam pod tym względem niesłychaną dyscyplinę. Kiedy myśli galopują w rytm przyspieszonego bicia serca, bez problemu mówię sobie „zabawa stop!”. I uciekam do tego miejsca, gdzie jest ciepło i przytulnie, gdzie już czeka miękka pierzyna dobrych myśli. O problemach pomyślę jutro, szczególnie że wraz z kolejnym wschodem słońca część z nich w świetle dnia okaże nieco przychylniejsze oblicze. Wiem z doświadczenia.

Od zawsze uważałam, że prowadzę znacznie ciekawsze życie wewnętrzne niż zewnętrzne. Cóż, niektórzy tak mają. Światy, które odwiedzam podczas lektur książek czy oglądania filmów nie są dla mnie wystarczające, dlatego wciąż tworzę nowe. Lubię to uczucie dreszczyku emocji, kiedy przykładam głowę do chłodnej poduszki i pytam sama siebie „no to gdzie dzisiaj idziemy”?

W mojej głowie często panuje bałagan. Jednak od czasu do czasu robię porządki. W pochmurne dni wycieram kurze na dawnych wspomnieniach. Bardzo o nie dbam i staram się, żeby nie zginęły pod stertą zadań na dziś i planów tygodniowych. To pomaga mi przypomnieć sobie, co naprawdę się dla mnie liczy. Nigdy nie wspominam dawnych sukcesów, nie przypominam sobie tego dnia, gdy wygrałam wyścig sama ze sobą, lub gdy przekroczyłam strefę komfortu. To wciąż są ważne momenty mojego życia i bardzo dużo mówią o tym, kim jestem, kim się staję każdego dnia. Warto jednak przypomnieć sobie, że to nie dla takich chwil warto żyć.

***

Widzę wtedy np. posiniaczone kolana, które znikają pod powierzchnią zielonogranatu. Dawno zapomniane strupki przypominają o sobie, gdy swój palec wwierca w nie słona woda. Za jakiś czas usta nabiorą fioletu, a ja wciąż będę pływać tu i z powrotem w granicy wyznaczonej przez czujny zasięg rodziców, będę pływać i myśleć o tym chłopaku, w którym zakochałam się na zabój i ostatecznie, jak to zwykle w tym wieku bywa. Wyławiam z tych wspomnień też pożółkłą papeterię zapisaną koślawym pismem nastolatka, który pisał swój pierwszy list miłosny dziewczynie, która kilka dni później dostanie swój pierwszy list miłosny. Potem przyjrzę się namiotowi tak małemu, że sugerowane 2 osoby oznaczały tak naprawdę półtorej. Trzeba było się mocno przytulić, wtulić w jego bluzę pachnącą wczorajszym ogniskiem. Pamiętam obiady jedzone na pół, które pozwoliły nam przedłużyć pobyt o trzy dni, potańcówkę w rytmie disco polo, „Co to jest za dziewczyna? Miód malina!” śpiewane mi prosto do ucha i to, że w jego bluzie chodziłam częściej niż w swojej, żeby było „jak na filmach”. Było nawet lepiej.

Potem obracam w dłoniach chwile mniejsze, jak kamyczki – takie na szczęście. Jest tam szaleńcze skakanie psa, który wita po przyjściu do domu, chwila, kiedy dwie bliskie osoby, które powinny przecież być  ponad 100 km dalej, obudziły mnie wesołym „sto lat”, uściski rodziny mówiące „dobrze Cię widzieć”, ręka z parującym kubkiem kawy mówiąca „odpocznij”, ten moment, kiedy przyjaciółka otwiera się właśnie przed Tobą i wiele, wiele innych. Łatwo wtedy pojąć choć na moment, o co w tym wszystkim chodzi. O ludzi, o emocje. Tylko tyle. Aż tyle.

***

Uciekam w siebie, tym bardziej im bardziej goni mnie świat. Uciekam i czasem okazuje się, że wcale nie trzeba nigdzie biec. Tylko tyle. Aż tyle.