Życie mnie mnie. Życie uwiera, a nosisz je jak modne ubranie. Po co?

Życie mnie uwiera. Życie mnie mnie.

Założyłam ostatnio nową sukienkę. Plus pięćdziesiąt do pewności siebie i poprawy humoru. Czułam, że prezentuję się dobrze, a to nie jest częste dla mnie uczucie. Jednak cały dzień wierciłam się niespokojnie, bo tu jakiś szew nieprzyjemną szorstkością uwierał mnie w plecy, tam metka łaskotała kark, a szlufki na ramiączkach drapały skórę. Uwierała mnie ta sukienka niemiłosiernie, chociaż z boku wszystko wyglądało ekstra. No i podobnie mam ostatnio z życiem.

Z boku noszę to życie jak nową sukienkę. Z uśmiechem na twarzy. Wygląda jakby było naprawdę dobrze skrojone. Ba, kilka osób mogłoby nawet pomyśleć, że też by takie chciało mieć –  w końcu noszę je z dumą. Ładnie się prezentuje, jest zwiewne i utkane jakby z mgiełki. Lekkie. A jednak nie chwalę się światu, że coś mnie uwiera, że czuję jak materiał wżyna się w skórę przy każdym kroku. To nie są wielkie problemy przecież. Inni mają gorzej przecież i jakoś idą do przodu mimo dziury na kolanie. A ja będę się krzywić i grymasić, bo wystaje mi niteczka? Przecież wszyscy tak mamy. Uśmiechamy się, choć nie do końca nam dobrze. Sprzedajemy innym nasze życie jak handlarz produkt, w który nie do końca wierzy.

Zastanawiam, skąd to się wzięło? Jak z ludzi, którzy na pytanie co słychać, przedstawiali całą listę dolegliwości i problemów, zamieniliśmy się w uśmiechnięte manekiny krzyczące jak najgłośniej „u mnie wszystko dobrze!”. Czy to wina social mediów? Gdzie licytujemy się na uśmiechy, życia all inclusive i zdjęcia szczęśliwych rodzin. Zauważyliście, że tyle się teraz mówi np. o tym, że matki mają prawo nie dawać rady, że często nie dają rady, bo to przecież ludzkie, ot codzienność po prostu. Nie widzę tego jednak w sieci. Widzę uśmiechnięte bobasy na tle perfekcyjnego porządku w objęciach wypoczętych mam. Choć życie uwiera je z pewnością bardzo nieznośnie. Podnosimy głowy do góry, kolekcjonujemy kciuki w górę, serduszka, superki i lajki. Tylko w sumie po co?

To nie jest krytyka. Jestem w tym samym miejscu. Też nakładam filtry na własną rzeczywistość. Bo nie powinno się marudzić. Bo nie będę się użalać. Bo nie wypada. Bo inni mają gorzej. Bo ktoś pomyśli, że jestem nie wdzięczna, że nie umiem docenić. Bo tak wygodniej. Tak, nie bójmy się przyznać, że czasem wygodniej jest schować się za naciągniętym uśmiechem i mocno naciągniętą wersją rzeczywistości niż powiedzieć, co i gdzie nas boli.

To może ja zacznę pierwsza. Życie mnie ostatnio uwiera. Życie mnie trochę mnie. Nie ze wszystkim sobie radzę. Sporo spraw mnie przerasta. Znów czasem czuję, że zmierzam donikąd. W nocy nie mogę zasnąć, bo liczę skaczące przez płot obawy. Parę rzeczy mi wyszło, ale kosztowało mnie to ogromny wkład emocjonalny. Wciąż spłacam ten dług. Czasem czuję, jakbym tylko świetnie grała swoją rolę. Jakbym była wielkim oszustem. Oni już wiedzą. Na pewno wiedzą, że wcale nie jestem wystarczająco dobra. Że nie radzę sobie wystarczająco. Niedługo wszyscy się dowiedzą, kim naprawdę jestem. I nie spodoba im się to. Mnie się to też nie zawsze podoba.

Cóż, tak się ostatnio czuję. I tak, wciąż uważam, że mam dobre życie. Tak jak wciąż lubię swoją nową kieckę. Muszę tylko popracować nad kilkoma mankamentami.

Jeśli macie ochotę, możecie podzielić się ze mną tym, co Was uwiera. Tutaj możecie marudzić. Grymasić. I nie robić dobrej miny do nie zawsze dobrej gry. Czujecie się swobodnie! Z tymi mankamentami wciąż wyglądamy nie mniej spektakularne.

Ściskam!