Ale wiesz, że to czego pragniesz, nie jest tym, czego chcesz?

Ale wiesz, że to czego pragniesz, nie jest tym czego chcesz?

A już na pewno nie jest tym, czego potrzebujesz. Wybaczcie mi to iście kołczowskie rozpoczęcie tekstu. Nie ma w tym żadnego haczyka. Przeczytałam dziś naprawdę dobry i szczery tekst Riennahery o tym, że nie ma ona nic ciekawego do powiedzenia, bo brak w jej codzienności wielkich chwil i wydarzeń, choć tak naprawdę czerpie radość z tych zupełnie nieopływających splendorem  (przeczytajcie całość, warto). Sama zresztą też pisałam kiedyś o tym, że nie musimy żyć spektakularnie. Szkoda, że tak często o tym zapominamy.

Zazwyczaj marzymy o chwilach wielkich, doniosłych, robiących wrażenie. Zapierających oddech. I bardzo dobrze. Przecież nie od tego są fantazje, by marzyć o kubku kawy i ciastku, choć każdy z nas ma też takie dni. Problem w tym, że ta kawa i ciastko może być właśnie tym, czego najbardziej potrzebujemy.

Jak każdy z Was mam na swoim koncie kilka chwil, które zabrały mi oddech. Najczęściej są to momenty, które były jeśli nie spełnieniem jakichś marzeń to przynajmniej wielkich planów. Wiecie, splendor, otwieranie szampana i tak dalej. Można pochwalić się koleżankom i zadzwonić do rodziców. Nie neguję tych chwil. Były piękne i potrzebne. I bardzo często wywalczone ogromnym wysiłkiem. Jednak coraz częściej wydaje mi się, że potrzebuję nie tych chwil, które kradną oddech, ale tych, które go uspokajają. Wiecie ta kawa i ciastko, co nie?

Spełnianie pragnień jest fantastyczne, ale najczęściej wiąże się z zaciągnięciem sporego emocjonalnego długu. Jak pisałam Wam ostatnio, ja swój spłacam do tej pory. Czy było warto? Szczerze mówiąc, nie zawsze jestem tego pewna. Jasne, że są sytuacje, dla których warto. Warto dla poczucia, że się rozwijamy, że zaoraliśmy naszą strefę komfortu. Dla tych skradzionych oddechów,dla tych chwil, gdy życiowy roller coaster wjeżdża do góry. I choć zaraz zawiśniesz do góry nogami, to tego właśnie chciałaś / chciałeś. Takich chwil, takich emocji.

No, chyba że właśnie wcale nie.

Coraz częściej odkrywam, że spełnianie się wcale nie daje mi spełnienia. Nie o to chodzi, że nie doceniam tego, co mi wyszło. Ja po prostu nie wiem, czy to czego tak czasem pragnę, jest tym, czego chcę. Bo może ja właśnie potrzebuje tego kubka z kawą. I odrobiny spokoju.

Jednocześnie, jak tylko ten spokój złapię, zaczynam myśleć, że marnuję czas i że przecież nie można spędzić życia z kubkiem kawy, książką w ręku i głową ułożoną na kolanach bliskiej osoby. Choć musicie przyznać, że jest to niezwykle mięciutka i przytulna wizja. Aż chciałabym się nią otulić jak kocykiem z dzieciństwa. I naprawdę chciałabym, żeby była wystarczająca. Problem w tym, że wydaje mi się, że bycie wystarczającym nie jest obecnie wystarczające. Średniość nie jest w modzie. Mamy jedno życie i powinniśmy wciskać z niego ostatnie soki.

 

A gdyby tak zamiast wyciskać, wgryzać się, ale wiecie, tak kawałek po kawałku? Gdyby tak poczuć jego smak, nawet jeśli czasem niezbyt intensywny i spektakularny? Małymi gryzkami. Smakować. Bo czy naprawdę pragniemy żyć aż tak zachłannie? Czy musimy tak żyć? Może zamiast przeżyć to życie jak najlepiej, po prostu zacząć żyć? Jak zwykle pytanie to stawiam Wam, ale przede wszystkim sobie…

 

 

A Ty, czego dzisiaj pragniesz? Czego tak naprawdę chcesz?