Zmęczona dorosłością.

Zmęczona dorosłością.

Powiem Wam o czymś, czego się trochę wstydzę. Powiem Wam o czymś, co sprawia, że myślę sobie, że jestem niedojrzała i zupełnie nie dorosłam do tego swojego metr pięćdziesiąt i prawie trzydziestu lat. Zdarza mi się to czasem. Niecodzienne, choć niekiedy bywa i kilka dni pod rząd. W zbyt długie wieczory. W upalne poranki, gdy pośpiech spływa strużką potu po karku. W kolejce do sklepu i w przerwie na kawę. W tramwaju i na spacerze z psem. Jestem zmęczona. Jestem zmęczona dorosłością.

Jakie to infantylne i głupie! Ale nie jestem w stanie z tym walczyć. Przypominam sobie, jak Ci wszyscy poukładani dorośli mówili mi, żebym wcale nie chciała dorastać, a ja zamiast słuchać, z niecierpliwością przebierałam nóżkami. Nie mogę więc nawet powiedzieć, że mnie nie ostrzegano. A potem bum i jestem! Siedzę sobie w tym tramwaju zwanym życiem i zupełnie nie wiem, kiedy minęłam te wszystkie pozostałe przystanki. Jakoś sobie radzę. Jak my wszyscy.

Ale są dni, że marzy mi się nie musieć sobie radzić. Chociaż przez jakiś czas. Oddać na chwilę swoją niezależność, którą zazwyczaj tak sobie cenię. Oddać na chwilę własną decyzyjność. Żeby tak choć przez chwilę, dzień może dwa, ktoś podejmował decyzje za mnie. Mówił, o której iść spać i żebym uważała na przejściu dla pieszych. Kazał dbać o siebie i założyć coś cieplejszego. Mówił, żebym wyszła trochę na świeże powietrze i żebym wymyła w końcu ten kubek.

Nie na zawsze. Ale chociaż na moment. Na chwilę. Na dzień. Zrobić sobie małe wagary od dorosłości. Wypisać się na jakiś czas i schować w za dużym swetrze. Czytać książki do rana, łazić bez celu, przypomnieć sobie, czym jest nuda, zapomnieć jaki dzień tygodnia i pytać, za ile obiad.

Ja nie mówię, że ta moja dorosłość jest zła. Ja ją nawet całkiem lubię. Ale lubię też placki ziemniaczane, co nie znaczy, że chciałabym jeść je codziennie. Lubię podejmować własne decyzje i nie podejmować żadnej decyzji, jeśli nie mam ochoty. Lubię planować własną przyszłość i nie planować jej zupełnie, jeśli nie mam na to ochoty. Lubię rozporządzać własnymi pieniędzmi i wydawać je na głupoty, jeśli taką mam ochotę. Lubię robić to, na co mam ochotę. „Wreszcie mogę być kim chcę, wreszcie nikt nie wtrąca się” śpiewał Simba w Królu Lwie. Chwilę później wzywał pomocy. No i ja też czasem mam na to ochotę.

I chwilowo to mogłabym zjeść nawet te placki, gdyby mi je tylko ktoś postawił pod nos.

Jak bardzo jestem niedojrzała? Oceńcie sami. A może nie jestem sama? Proszę powiedzcie, że nie jestem. Ewentualnie możecie pisać „weź Ty się stara babo w garść”. Może Was posłucham. 😉