Weź tak nie przeżywaj!

„Not a princess – drama queen” podaje mi z porozumiewawczym uśmiechem koszulkę w jednej z popularnych sieciówek, a ja obracam w dłoniach ten głupiutki przecież tekst i czuję się, jakbym znalazła wreszcie odpowiedź na znienawidzone przez siebie zdanie/pytanie „powiedz coś o sobie”. Tak, to ja. Królowa dramatu, Pani łez, emocje mnożę szybciej niż liczby na matematyce, do potęgi ntej podstawiam wszystkie przeżycia.

Kiedyś gdzieś przeczytałam, że ludzi można by podzielić na takich, którzy żyją do wewnątrz lub tych, którzy do zewnątrz. Bez zastanowienia od razu zaliczyłam się do tej pierwszej kategorii. Jestem otwarta na świat, ale przy każdej okazji uciekam w któryś ze swoich wewnętrznych. Chwila przed położeniem się spać jest dla mnie pełna ekscytacji, bo już planuję pozagraniczne podróże i przeraża mnie myśl, że niektórzy przykładają głowę do poduszki, odbywając cowieczorną trasę po planach na dzień kolejny.

Świat zewnętrzny wdziera się jednak do mnie, do środka z niesłychaną skutecznością. Sama uchylam mu drzwi. I wpuszczam. Wpuszczam złe wiadomości, które mówi mi telewizor. Doniesienia o kondycji naszej planety. O tym, że na autostradzie znów wypadek. Trzy ofiary śmiertelne szybko mnożę przez ilość rozbitych serc ich najbliższych, przez ilość złamanych żyć. To też przyjmuję. Przyjmuję też problemy najbliższych. Z czułością jak swoje własne. Dzielę z nimi nieprzespane noce.

Często nawet drobne sprawy przeżywam jakby właśnie odbywał się mój osobisty koniec świata, pozwalam mu rozpadać się na kawałeczki, by potem z wypracowaną już zwinnością składać go na nowo. Kawałek po kawałku.

I kiedy tak pochylam się nad którymś z tych odłamków, obracam  w dłoniach, niekiedy kalecząc sobie palce, czasem słyszę: „Weź tak nie przeżywaj!” I wiecie, co? Absolutnie nie mam zamiaru stosować się do tej zasady.

Bo ja chcę przeżywać mocniej i więcej. Krztusić się oddechem, gdy zbyt mocno próbowałam złapać w płuca pierwsze wiosenne powietrze, uśmiechać się przez tramwajowe okno, bo pies sąsiadki przybiegł do mnie tylko po to, by się ze mną przywitać o poranku, wzruszać się nad klawiaturą w pracy, bo radio postanowiło przypomnieć mi „tę” piosenkę i przywołać właśnie „te” wspomnienia. Płakać nad rozlanym mlekiem i zachwycać się niebem. Zawsze bardzo martwię się o siebie, gdy znacznie częściej patrzę pod nogi niż w niebo. Gdy zbyt twardo stąpam po ziemi.

Niełatwo jest być wrażliwcem w czasach, gdzie każe się nam żyć szybko i zawsze z uśmiechem i pewnością iść po swoje. Wstawać i chwytać to, co nam się należy. I ja wstaję. I idę. I czasem nawet chwytam. Od czasu do czasu, wycierając w rękaw w łzy i zostawiając ślady po tuszu, który widocznie nie jest łzoodporny. Ja z pewnością nie jestem.

Nie mów do mnie „weź tak nie przeżywaj”. Życie jest po to, żeby żyć. Ja mam swoje od tego, żeby je przeżywać.