Nie musisz usypiać w sobie życiowej lamy. Obudź w sobie lamę sukcesu.

Nie musisz usypiać w sobie życiowej lamy. Obudź w sobie lamę sukcesu.

Cześć, tu Wasza Lama Sukcesu! O tym, że jestem życiową lamą, pisałam Wam już ostatnio. I choć nie raz coś w życiu zlamiłam i to czasem tak totalnie, to wcale nie mam zamiaru unicestwiać tego nieporadnego zwierzątka, które we mnie drzemie. Taka jestem i nic z tym nie zrobię. I tak naprawdę nawet nie chcę niczego z tym zrobić. Bo prawda jest taka, że nie tylko ludzie sukcesu zostają ludźmi sukcesu. Lamy sukcesu też mogą zajść daleko. A przynajmniej tam, gdzie chcą. I właśnie to jest najważniejsze.

Odkryłam to zupełnie niedawno. Wiecie, przyznam Wam szczerze, że czułam się trochę zaszczuta tym całym rygorem sukcesu. Na półkach w księgarniach czy nawet marketach mnóstwo poradników, w telewizji śniadaniowej ludzie sukcesu przekonują nas, że wystarczy wstać z kanapy, by po ten sukces sięgnąć, a na dokładkę sunąc palcem po ekranie smartfona mijamy średnio raz na kilka minut kolejną porcję złotych rad. To wszystko jest pewnie dobre i potrzebne, ale w pewnej chwili miałam wrażenie, że za moment ten sukces wyskoczy mi z lodówki! No tylko problem w tym, że jakoś nie wyskakiwał.

Wnioski były proste. Praca nad sobą. Nieustanna praca nad sobą. Zabić w sobie lamę, unicestwić tego ciapciaka, no bo wiadomo. Taka sierota nie zostanie człowiekiem sukcesu. No i to prawda. Nie zostałam. I nigdy nie zostanę. Ja jestem lamą sukcesu! A stałam się nią w swoim stylu, czyli zupełnie przez przypadek. No i te moje sukcesy, to wiecie, też w moim stylu, czyli może nie lamerskie, ale takie moje, czyli dla mnie ogromne, ale jednak nie zawsze jest to coś, o czym mówisz na kolacji wigilijnej, a ciotki kiwają głowami z uznaniem, a rodzice dumnie wyprężają szyje.

Mimo wszystko parę poprzeczek przekroczyłam, nawet jeśli czasem upadając zaraz potem prosto na twarz. Strefę komfortu otuliłam ukochanym kocykiem, ale od czasu do czasu opuszczam ją i podbijam kolejne obszary odległe o tysiące kilometrów. Na piechotę. Robię rzeczy, które kiedyś były dla mnie niedostępne, zamknięte w szufladzie z napisem „przecież to nie dla takich osób jak ja”.

Jak to zrobiłam? Na pewno nie doszłam do tego, zmieniając siebie. Być może trochę pracując nad sobą. Czasem skacząc na głęboką wodę. Ale najczęściej po prostu akceptując siebie i wykorzystując swój własny potencjał. Swój lamerski potencjał, żeby było jasne.

Nie przyszłam powiedzieć Wam, że to łatwe. Zazwyczaj jest to trudne, najczęściej bardzo trudne. Nie będę też przekonywać, że zawsze się uda i że wystarczy chcieć. Trzeba chcieć i jest to idealny punkt wyjścia. Ale nie zawsze i nie wszystko się uda. I niekoniecznie za pierwszym razem. Ja tylko chciałam powiedzieć, że można. I że wcale nie trzeba być człowiekiem sukcesu, by po ten sukces sięgnąć. Można być po prostu całkiem fajnym sobą.

Nie zabijaj w sobie lamy. Zaakceptuj ją, oswój, pokochaj i podrap za uszkiem. Bo tak naprawdę to jest właśnie pierwszy krok do jakiegokolwiek sukcesu.  

Tulę i drapię Waszą wewnętrzną lamę za uszkiem!

Wasza Lama Sukcesu 😉

lama sukcesu