Nie mam pomysłu na siebie.

Nie mam pomysłu na siebie.

Jakiś czas temu napisała do mnie jedna z czytelniczek (co było mega przemiłe, piszcie do mnie, choć kiepski ze mnie doradca!) z prośbą o radę dotyczącą kierunku studiów. Odpisując jej, zdałam sobie sprawę, że nawet jeśli miałabym przed tym wyborem stanąć teraz, z całym swoim bagażem doświadczeń, to wciąż nie wiedziałabym, jakiego dokonać wyboru. Na studiach znalazłam z pewnością swoje miejsce i uważam, że w jakimś stopniu mnie ukierunkowały. I chociaż już nie do końca jestem pewna, czy dobrze pamiętam, na czym polegała palatelizacja druga wsteczna (filolodzy zrozumieją), to uważam, że jednak czegoś mnie te dwie ukończone filologie nauczyły.

Przez kilka lat podążałam ścieżką kariery zgodną z wykształceniem, by ostatecznie skończyć w miejscu, gdzie się rozwijam, czuję się doceniana, ale które z moim wykształceniem nie ma wiele wspólnego. Choć czuję, że to była dobra decyzja, to wciąż mnie to czasem boli. A najbardziej boli mnie to, że ja naprawdę nie mam pomysłu na siebie. Mam jakiś plan, ale z reguły jest to plan kilkumiesięczny. Obecnie jestem w takim a nie innym miejscu, ale nie mam pojęcia, czy za pół roku wciąż będę przemierzać tę samą trasę tramwajową, by przekroczyć próg szklanego biurowca. Ciężko mi zapuścić zawodowe korzenie, a jak już kiedyś wspominałam moje CV mówi „Nie mam najmniejszego pomysłu, co tak naprawdę chcę robić”. No nie mam pomysłu na siebie.

Dziś chcę być panią ze szklanego biurowca, która „robi ważne rzeczy”. Dziś chcę wychodzić z pracy ciałem i umysłem, co pozwala mi po pracy robić to, co naprawdę mnie kręci. Pisać, czytać, głaskać psa, przytulać się i śmiać ze znajomymi. Ale wciąż mam wrażenie, że ciągle jestem wersją roboczą samej siebie.

Chciałabym usiąść i stwierdzić: no dobra, to jest to. Czasem siadam. Biorę oddech. Patrzę przed siebie i czuję to tak rzadkie mi uczucie pewności. Siadam w swoim ulubionym miejscu na kanapie, w tym lekkim wgłębieniu wyżłobionym godzinami pisania tekstów i zwiniętym w precelek ciałem psa (walczymy o to miejsce nieustannie, co chwilę się podsiadając), kładę palce na klawiaturze i myślę sobie, że ta robocza wersja jest całkiem spoko i może warto ją w końcu zapisać na stałe. A potem mija tydzień, miesiąc, rok i znów bym chciała coś do tej wersji dopisać, coś wykreślić czy usunąć jakiś akapit. I znów nie mam pomysłu na siebie. Lub ewentualnie mam ich zbyt wiele.

Ale może nigdy nie dochodzi się do takiego momentu?

A może brak pomysłu jest moim pomysłem? Bo czasem myślę, że może wcale nie chcę być gotową wersją człowieka, może nie chcę mieć gotowego planu na życie. Może nawet go nie potrzebuję. Dziś dobrze mi jest tak jak jest. Przynajmniej w tym momencie. Przynajmniej na tę chwilę. A kiedy znów poczuję chęć zmiany, to dopiszę akapit czy dwa, może coś przeredaguję.