Pożegnanie z latem…

Pożegnanie z latem…

Wróciłam z Hiszpanii i wylądowałam w zupełnie jesiennej atmosferze, która wbijając mi szpileczki chłodu wprost pod skórę, oplotła mnie jakąś melancholią jak jesiennym szalem. Teraz siedzę z gorącym kubkiem w ręku, słucham playlisty z jesienią w tytule i czuję, że zaczynam się poddawać tym spadającym temperaturom i liściom, które coraz częściej szeleszczą pod stopami.

Nadchodząca jesień zawsze zastaje mnie nieprzygotowaną i tak jak teraz nagle odkrywam, że w mojej szafie wciąż zdecydowana przewaga łąk kwiecistych na sukienkach, a ja znów nie mam nawet cieplejszego płaszcza. I choć swetry, w których można schować wszystkie problemy świata… swego wewnętrznego kocham miłością szczerą, to ta zamiana zwiewności na puchatość zawsze mnie trochę boli.

Patrzę na swoje opalone ręce, które skaczą po klawiaturze i cieszę się, że podskórnie przemyciłam chociaż trochę słońca. Patrzę na zdjęcia, przyszpilam je do tablicy i czuję, jak powoli tracę połączenie. Wiecie ten czas, kiedy „jeszcze niedawno moczyłam stopy w ciepłym morzu” ustępuje niezauważalnie „mam wrażenie, jakby to było w innym życiu”. Chowam stopy pod kocem i nie chce mi się dłużej z tym walczyć. Otwieram kolejną stronę pamiętnika i piszę: „Jesień chwyciła mnie w ramiona, a mi się wcale jeszcze nie chce z nią tańczyć na nutę melancholii, chociaż niezauważalnie zaczynam chyba podejmować krok”.

Wyposażona w kubek z lamą, kocyk w pieski, ciepłe wspomnienia z kraju, gdzie jeszcze wciąż trwa lato, powoli zaczynam być gotowa. Opalenizna wyblaknie, wspomnienia też. A ja ubiorę się w wielki sweter i zapach cynamonu. Otulę się długimi wieczorami z książką, uzbroję się w pancerz dobrych emocji. Myśli niespokojne puszczę na chłodniejszy wiatr i pozwolę letniej beztrosce zwinąć się w kłębek. Trochę zwolnię, poddając się tempu świata. Witaminę D znów zacznę przyjmować w kapsułkach, lubię wyobrażać sobie, że są w nich zamknięte promienie słońca. Ja też zamknęłam ich trochę w specjalnej szufladzie w mojej głowie. Na gorsze dni. Na chłody. I na długie wieczory. Zatopię więc rękę w sierści psa i znów wyjdę naprzeciw światu ubranego w czerwienie, brązy i szarości. A potem znów zatęsknię za odrobiną żółci i błękitu. Taka już chyba kolej rzeczy.

I coś czuję, że w mojej szafie powoli robi się miejsce na odrobinę puchatości.

A Wy, jesteście gotowi?