Kocham lato. Choć jestem jesienią.

Kocham lato. Choć jestem jesienią.

Często o tym myślę. Uwielbiam lato. Tę beztroskę. Te chwile, gdy uda ukraść się choć na chwilę wakacje z dzieciństwa. Przez chwilę udawać, że lat ma się naście i że wciąż ma się czas na to, by znaleźć odpowiedź na pytanie „kim jestem” i na to jeszcze trudniejsze „kim chcę być”. Choć wciąż nie mogę przeżyć, że urodziłam się zimą (17 marzec, to przecież już wiosna, nie?), choć latem oddycham głębiej, pakuję promyki słońca do kieszeni, kradnę tych kilka chwil, gdy zdaje mi się, że lat znów jestem nastolatką i nie myślę, po co żyć. Żyję. Mimo wszystko, to nie jestem ja. Nie jestem gorącym latem. Nie chwytam z odwagą, raczej nieśmiało wyciągam rękę spod koca. Nie idę pewnie w stronę słońca. Potykam się, grzęznę w kałużach, brnę przez błoto, które oblepia moje buty. Choć wciąż idę w swoją stronę. Nie zawsze w stronę słońca, raczej odrobinę w cieniu. Lubię na nos łapać promyki słońca i letnie piegi, choć nos najchętniej chowam przed wzrokiem innych.

Jestem jesienią. Chętnie otulam się szalem melancholii i chociaż kocham lato, bo pozwala mi odpocząć od samej siebie, to jestem jesienią. Tęsknię za dniami pełnymi słońca, ale oddycham z ulgą. Że już nie muszę. Śmiać się promiennie. Biec radośnie. Spacerować beztrosko. Codziennie chcieć. Codziennie móc. Spełniać się i spełniać marzenia. Chwytać. Doświadczać. Doceniać. Mogę uśmiechać się nostalgicznie. Trochę popłakać. Zamyślić się. Stanąć. Usiąść. Iść bez celu. Słuchać jak liście szurają. Patrzeć jak niebo ciemnieje. Nie chwytać chwili. Chłonąć zmienność czasu. Patrzeć jak zbyt szybko dzień przebrany w zmierzch zmienia się w krótki wieczór, zapowiadając noc. Nie doświadczać – analizować. Siebie. Swój wewnętrzny świat. Zwiedzać go nieustannie i gubić się na ścieżkach do własnego ja. Codziennie próbować. Codziennie szukać siły. Nie spełniać oczekiwań. Czekać na jutro.

Jestem jesienią. Nie umiem być na już, instant i na zawołanie. Chowam się w wielkim swetrze. Nie zachwycam na pierwszy rzut oka. Trzeba mnie poznać, żeby mnie docenić. Trzeba mnie docenić, trzeba mnie ośmielić, trzeba mnie ośmielić, żeby mnie poznać. Trzeba mnie wydobyć z zza dużego swetra. Zdjąć ze mnie strach. Obedrzeć mnie z pozorów. Pozbawić mnie z cynizmu, w który przybrało mnie życie. Rozebrać z „nie ufaj”, „sprawdzaj”, „nie bądź naiwna”, „uważaj”, „nie rozmawiaj z obcymi”.

Jesienią jestem sobą. Nie muszę uśmiechać się do zdjęć. Nie muszę udawać, że chcę, potrafię i dam radę. Jesienią kroczę przez rozmokłe liście. W zmroku własnych myśli. Chowam się za wielkim kubkiem herbaty. Więcej myślę, mniej robię. Oddycham mniej, ale głęboko. Bardziej swobodnie.

Jestem jesienią. Dużo we mnie szarej-burości. Deszcze niespokojne we mnie. Mgły opanowują moją głowę.  Spadki ciśnienia i biometry niekorzystne. Dużo też we mnie ciepłych odcieni. Wieczorów w cieple kominka. Słodkiego smaku kakao, smaku dzieciństwa. Szczypty odpuszczania. Odrobiny pobłażania. Jestem jesienią. Jesienią jestem… sobą.