Czy jest sens pytać o sens? Czy warto pytać, po co żyć?

Czy jest sens pytać o sens? Czy warto pytać, po co żyć?

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Mam w sobie taką myśl już od jakiegoś czasu. Trochę próbuję się jej pozbyć jak tej przyłowiowej muchy, a ta złośliwie siada mi na nosie w momentach, które powinny być chwilami niezmąconej niczym radości. A jednak ona siedzi. I bzyka. I nie mogę się pozbyć jej denerwującego dźwięku.

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Trochę się boję, że być może, że jest jakaś możliwość. Niewielka, maleńka szansa (szansa, ale na co?), że zdecydowanie zbyt wiele czasu tracę na projekcję własnego życia niż na własne życie samo w sobie. Tak, dużo myślę o możliwościach. Szczególnie tych niewykorzystanych, które coraz bardziej znikają za horyzontem. O tym, kim mogłabym być. Kim mogę być? O tym, co mogłabym osiągnąć. Co mogę osiągnąć? A potem orientuję się, że nieszczęśliwsza jestem w tych chwilach, kiedy zupełnie nieprzysłowiowo mam to wszystko w… gdzieś!

Czy to możliwe, że jesteśmy (wybaczcie uogólnienie), że jestem tak zepsuta, że potrzebuję mądrych książek (np. Agnes on te Cloud i jej dwie cudowne książki – tak naprawdę my wszyscy ich potrzenujemy), żeby zrozumieć, że w sumie to jestem już szczęśliwa i może nigdy szczęśliwsza nie będę? Żeby zrozumieć, że szczęśliwsza nie muszę być?

Czuję się ostatnio bezradna. Bo wiem, że mam dobre życie. Mam pracę w której się rozwijam, ale wciąż coś mi tłucze w głowie (Czy to jest to? Czy to na pewno to?). Mam wspaniałego faceta (tu akurat nic nie tłucze, tak jakoś wyszło, że w liceum znalazłam, tę cholerną miłość mojego życia). Mam wspaniałych przyjaciół. Rodzinę… zdecydowanie nie jak z obrazka. Raczej z krwi i kości, gdzie niejedno słowo ością stanie, ale kochamy się i wspieramy – każdy na swój sposób (nawet jeśli któryś jest bardziej swojszy). Czy to nie brzmi jak po prostu dobre życie? I czy naprawdę trzeba czegoś więcej? I więcej, więcej, więcej… Ostatnio życie dało mi nawet to „więcej”. Więcej niż prosiłam. Jestem przerażona i przeszczęśliwa, a za jakiś czas planuję być po prostu przeszczęśliwa. I może jestem tym cholernym milenialsem. Niewdzięcznym bachorem własnego pokolenia. Pokolenia więcej. Pokolenia mocniej. Pokolenia szybciej. Wieczny niedosyt. Zawsze może być lepiej. To jak w szkole. Dostajesz piątkę, ale co z tego, skoro w domu słyszysz, „czy były szóstki”. I ja chcę być na szóstkę. Na cholerną szóstkę z wykrzyknikiem. Tylko czy to jest właśnie szczęście? Kto nam (kto mi?) wmówił, że życie to jakiś wyścig? Wiecie, ile razy ostatnio płakałam ze szczęścia? Sama nie wiem. To był zresztą raczej histeryczny szloch, że coś  wspaniałego mi się udało i dlaczego właśnie mi. No bo wiadomo. Przecież nie zasłużyłam. Może więc nie ma we mnie braku wdzięczności. Może jest po prostu niedosyt. Ciągłe pytanie: co jeszcze? Co jeszcze mogę zrobić? Czego jeszcze trzeba?

Ostatnio się boję. Boję się, że ta lista nie ma końca… A jeszcze bardziej się boję, że to nie o to chodzi. Że to nie moja lista. Że to naprawdę wcale nie o to chodzi. Że wmówiona nam (znów uogólnienie – wybaczcie, wmówiono mi?)… że zawsze można więcej. Że trzeba więcej. Trzeba się cenić. Że możliwości, no wiecie, te możliwości, że trzeba je wykorzystywać, co nie? A może bylibyśmy szczęśliwsi (może byłabym szczęśliwsza) gdyby nikt nic nam nie mówił? A może nikt nam nic nie mówi? Może to tylko głos w mojej (Twojej też?) głowie…

Coraz bardziej się boję. Coraz bardziej walczę. Ze swoją własną naturą. Od lat próbuję zabić w sobie cholerny perfekcjonizm. Pogłaskać siebie po głowie i powiedzieć: „wystarczy, mała już wystarczy”. A tak naprawdę sama siebie okłamuję. Bo ledwo odpocznę, to już z jęzorem na wierzchu biegnę dalej. I jestem zmęczona, tak strasznie zmęczona… Ty też? Czy Ty też…

I chyba to, czego najbardziej bym chciała to dojścia do momentu, w którym stwierdzę „wystarczy”. No ej mała, wystarczy już! A może wystarczy? Może naprawdę wystarczy już?”

Może… Ale czy ja jeszcze umiem? A Ty? Umiesz jeszcze?