O niespełnionych marzeniach i o tym, gdzie byłam, gdy mnie tu nie było

O niespełnionych marzeniach i o tym, gdzie byłam, gdy mnie tu nie było

Ostatni miesiąc spędziłam na jakiejś emocjonalnej huśtawce. Też bujaliście się w dzieciństwie „do odbitki”? Już rozumiem, czemu te peerelowskie wynalazki uznano za niebezpieczne i je zlikwidowano. W każdym razie po spektakularnej odbitce czekało mnie dość twarde lądowanie. Okazało się, że tym razem nie udało się chwycić marzenia, które było przecież na wyciągnięcie ręki, wydaje mi się, że nawet lekko musnęłam je opuszkami palców. Droga do niego kosztowała mnie sporo nerwów i zaangażowania, do tego stopni, że chwilowo porzuciłam nawet to, kim jestem.

A w dużej mierze jestem tym, co sobie wypiszę a przynajmniej tak mi się naiwnie wydaje. Nie byłam w stanie pisać w ogóle nie byłam w stanie wiele robić poza gonieniem za tym marzeniem. A i tak skończyłam jedynie z emocjonalną zadyszką. Czy żałuję? Nie. Oczywiście, że byłam zawiedziona. Ale wiecie co? Z dziewczyny, która marzy, stałam się tą, która może te marzenia spełniać. I to już nigdy się nie zmieni.

Dlatego wracam tutaj z mojej chmurki, ale wciąż mam zamiar często patrzeć w niebo.

Poza tym ta nieco przymusowa przerwa przypomniała mi, kim jestem. A jestem dziewczyną, która w swej damskiej torebce zawsze musi mieć zeszyt i pióro. Trochę za tą dziewczyną tęskniłam. I za tym poczuciem, że jakaś garstka osób czyta słowa wypluwane na kartkę przez atrament. To bardzo miłe uczucie.