Kilka myśli o tegorocznych świętach

Kilka myśli o tegorocznych świętach

Jakie czasy, takie święta. Czyli dziwne. Byłam całkiem dzielna w tym czasie. Myślałam, że spoko, dam radę. Wszyscy przez to przechodzimy. Wszyscy tęskinimy za najbliższymi i normalnością. Ale każdy twardziejl mięknie, kiedy nie może zjeść sałatki swojej mamy, co nie? Łapcie moje przemyślenia na tegoroczną Wielkanoc!

***

Święta. Najdziwniejsze święta wielkanocne, jakie przyszło mi obchodzić. I zapewne wszystkim z nas. Nie czuję się tym z tym uczuciem zupełnie wyjątkowa. I to jest chyba wyjątkowe.

***

Dobrze sobie przypomnieć, że atmosfera świąt, to właśnie ta świąteczna nuda, kłótnie o politykę przy stole i o ostatni kawałek sernika, to właśnie „jeszcze tylko ta jedna porcja sałatki” i tłumaczenie po raz setny, czym ty tak naprawdę zajmujesz się w swojej pracy. To zrozumienie, że śmieszą nas te same żarty (lub nie?) i że strasznie tęsknisz za tym, że nikt Cię tak nie irytuje, jak Twoja rodzina. I że za nikim tak irytująco dziś nie tęsknisz…

***

Kto robi najlepszą sałatkę na świecie? Każdy powie, że jego mama. I wiecie co? Każdy ma rację.

***

Brak sałatki mamy to jedno, brak domowego sernika też można przeżyć. Ale nikt mi nigdy nie zrekompensuje tej atmosfery napięcia w rodzinnym domu i cichej walki o to, kto pierwszy wstanie w poniedziałkowy poranek, by zgotować reszcie mokrą pobudkę! Walka z Adamem i psem jest jednak mniej ekscytująca.

***

Lokalizacyjnie jesteśmy daleko. Ale uczuciowo jak najbliżej. Wielkanoc zawsze była gdzieś tam w szarym cieniu Bożego Narodzenia. Przynajmniej dla mnie. Dziś jednak czuję, jak wiele bym oddała, za to, żeby zjeść to jajko, którego nawet nie lubię, przy rodzinnym stole. Nie śmiałabym powiedzieć, że tego właśnie potrzebowaliśmy, bo każdy wie, że to paskudne czasy. Ale dobrze sobie przypomnieć, że ta codzienna nuda, coroczne święta i korki w drodze do pracy to jest jednak jakiś przywilej.

***

Kilka dni temu mój nastrój oscylował między „o ja, ale śmieszny mem! A „wszyscy umrzemy”. Dziś mam wrażenie, że żarty sytuacyjne śmieszą mnie coraz mniej. Jestem coraz bardziej zmęczona. Choć wciąż próbuję zamienić histerię na histeryczny śmiech.

***

W tym dziwnym czasie myślę, czy jeszcze umiem być sobą? Czy jeszcze pamiętam? Zostaliśmy nagle oddestylowaniu do postaci czystej. Czy pamiętamy jeszcze, kim jesteśmy bez codziennej gonitwy za tym, co kiedyś ktoś powiedział nam, że jest najważniejsze? Tak często narzekałam na ten szaleńczy bieg, a kiedy ktoś nagle zwinął metę, muszę sobie chyba przypomnieć, dokąd idę.

***

Czytam swoje stare pamiętniki. Niesamowite, jak bliska jest mi ta nastolatka! Niesamowite, jak jest mi daleka… A jednocześnie czuję, że wciąż żyję po to, żeby ją zadowolić. Okres nastoletni wydaje mi się tym, w którym najbardziej wiedziałam, czego chcę. Z pewnością  nie tego, co osiągnęłam, choć z tego, co osiągnęłam dzisiejsza JA jestem zadowolona. Dlaczego wciąż tak mnie obchodzi zdanie tej smarkuli?

***

Zrobiliśmy pisanki. Z łupinek po cebulach. Jak u babci. Dziś obowiązek niesienia na barkach tradycji jest na naszych barkach. Pomijając paskudne okoliczności, jest to całkiem przyjemny eksperyment.

***

Jestem introwertykiem. Myślałam, że (znów pomijając okropne okoliczności), odnajdę się w tych czasach. A jakoś mi jednak samotnie. Świąteczne śniadanie smakuje dziś tęsknotą, ale tęsknota oznacza, że mamy za kim tęsknić. I że mamy kogo kochać. I że ten ktoś dziś też tęskni za nami, z naszymi wszystkimi irytującymi cechami. Jeśli to nie jest dziś prawdziwie świąteczne i pocieszające, to już nie wiem, co jest.

Dzielcie się swoimi przemyśleniami, a ja życzę Wam dziś dużo miłości, choć w wielu przypadkach wirtualnej, to przecież tak naprawdę całkowicie rzeczywistej! Trzymajcie się!