Co jeśli za 50 lat… zrozumiesz, co tak naprawdę się liczy(ło)

Co jeśli za 50 lat… zrozumiesz, co tak naprawdę się liczy(ło)

Co jeśli za 50 lat usiądziesz w bujanym fotelu (czemu starsze osoby zawsze w naszych wyobrażeniach siadają w bujanych fotelach?). Usiądziesz gdziekolwiek i spojrzysz wstecz. Jak myślisz, co będzie się wtedy naprawdę liczyć? O czym będziesz pamiętać?

Myślisz, że przypomnisz sobie chwilę zdobycia wyczekiwanego awansu? A może to, jak Twój pies z dzieciństwa witał Cię przy drzwiach? Może pomyślisz o średniej, jaką miałaś/miałeś w szkole? A może o tym, jak uciekałaś/uciekałeś z lekcji, by całować się z nią/z nim w „wolnej chacie”? Pierwszy sukces zawodowy czy pierwsze wakacje nad morzem? Gratulacje szefa, uścisk ręki prezesa, czy jak pierwszy raz złapaliście się za rękę? O tym, jak wreszcie jej (mu) powiedziałeś/powiedziałaś, co o niej/ o nim myślisz czy te wypowiedziane słowa, które były przeznaczone tylko dla Ciebie? Pierwsza praca czy pierwsza randka? W którym roku dorobiłeś się własnego mieszkania czy rok, w którym straciłaś/straciłeś dziewictwo?

Coraz częściej myślę, jakie to wszystko pomieszane. Wszystko pomieszane… Miesza się nam to, co najważniejsze z tym, co oczekiwane. To, czego pragniemy z tym, czego potrzebujemy. To, co dobrze wygląda, to, co pozwala dobrze wypaść, z tym, co dobrze ogrzewa nas od środka, to co pozwala nam dobrze wypaść we WŁASNYCH oczach. W oczach najbliższych.

Mnie się miesza. Wszystko się miesza. Przecież już wiemy, no chyba już naprawdę wiemy, że lepiej być niż mieć. Wiemy, że liczy się ramię, które obejmuje nas przed snem, a nie dopingujące poklepywanie po plecach „dasz radę, możesz więcej”. A jednak wciąż kolekcjonujemy. Sukcesy nie emocje. Dobra zamiast dobroci. Lajki pod postem zamiast prawdziwych relacji, prawdziwych interakcji. Oznaczamy się na fejsie, stosujemy filtry, imponujemy, robimy fotki naszych fancy posiłków. Myślisz, że za 50 lat będziesz z rozrzewnieniem wspominać swoje najpopularniejsze zdjęcie? Myślimy zamiast czuć. Czujemy, kiedy nikt nie patrzy. Przy zgaszonym świetle. Bo nie wypada. Bo lepiej nie. Bo co inni powiedzą.

A ja czasem biorę papierek lakmusowy i krzyczę: „sprawdzam”! Siadam wtedy na wyimaginowanym fotelu. Myślę o chwilach, które najbardziej wspominam. Które grzeją mnie w chłodne dni. Nie ma tam sukcesów, awansów, pieniędzy i idealnych zdjęć. Jestem ja. I Ci, którzy są dla mniej najważniejsi. I to, co jest dla mnie najważniejsze. Tylko tyle. I aż tyle. Wtedy sobie przypominam. Choć na trochę. Choć na chwilę… Co naprawdę się liczy. Mam nadzieję, że nie zapomnę o tym, by przypomnieć sobie, kiedy będzie za późno. Ambicja, sukcesy, pieniądze… nie ma, co się oszukiwać. To są elementy naszego życia. Nadają mu rytm. Nakręcają nas. Problem tylko w tym, żeby za bardzo w ten rytm nie zapaść, żeby nie nakręcić się za mocno i podczas tej szalonej jazdy na karuzeli nie zapomnieć o tym, co naprawdę się liczy. Jak zapomnisz, to usiądź na swój własny wyimaginowany fotel. Mnie czasem pomaga. Powodzenia.