Czy na pewno nigdy nie jest za późno, by zacząć od początku?

Czy na pewno nigdy nie jest za późno, by zacząć od początku?

Dźwięk budzika wyrywa mnie z lekkiego otępienia, pełzam spod kołdry, żeby podłączyć się do pracy. Przez najbliższe 8 godzin robię ważne rzeczy. Czasem zupełnie bezsensowne rzeczy. Często rzeczy, które mnie przerażają. Coraz częściej rzeczy, które przerażały mnie kiedyś, a dziś po długich bojach z samą sobą przygarnęłam je do własnej strefy komfortu. Czasem wciąż myślę sobie „Dzień 8798… Oni wciąż się nie domyślili”. Czasem wciąż czuję, że jestem tu z przypadku. Że pewnie sobie nie poradzę. Ale mija kolejny dzień a ja sobie radzę. Radzę sobie całkiem dobrze. I czasem wychodzę z siebie po to tylko, by na siebie spojrzeć i sama sobie się dziwić. Temu, dokąd doszłam. Ale też temu, dlaczego.

Myślę, że jednym z największych problemów mojej dorosłości jest to, że wciąż próbuję sprostać wymaganiom młodszej siebie. Tej durnej, młodej buntowniczce, która to nigdy nie będzie taka jak inni. Która nigdy nie będzie tym człowiekiem zamkniętym w ramach między 8 a 16, robiącym ważnym rzeczy. Miałam być marzycielką. Miałam iść po swoje. Chwytać chmur. Wiecie jak w tych wszystkich durnych filmach, z których wniosek jest jeden: follow your dreams. Dlaczego nie mogą kręcić filmów o tym, że to nie zawsze się udaje? Że jest ciężko. Że zawsze warto próbować, ale nigdy nie wiadomo, jak to się skończy?

Oglądam ostatnio pewien serial (nie podaję tytułu, żeby uniknąć ewentualnych spoilerów). Kilka dni temu trafiłam na mema dotyczącego jednej z moich ulubionych bohaterek, a pod nim mnóstwo komentarzy krytykujących tę postać. Za to, że nie zawalczyła o swoje marzenia. Że utknęła w pracy, w której się nie spełnia. Że się poddała, zadowalając się takim zwykłym życiem od 8 do 16. Zamiast iść po swoje. Za wszelką cenę. A ja tę postać za to właśnie cenię. Za to, że jest taka normalna. Że próbuje, poddaje się i szuka definicji własnego szczęścia na nowo. W pracy, która czasem wkurza, z mężczyzną, który ją rozśmiesza i z małymi marzeniami o szczęśliwej codzienności. Może to jest właśnie WSZYSTKO? Oglądając ten serial, nie nazwałabym jej postacią nieszczęśliwą.

Uważam, że dostałam od życia bardzo dużo. Ostatnio układa mi się naprawdę dobrze i często dostaję rzeczy, o które nie śmiałabym nawet prosić. Mam w sobie ogrom wdzięczności. A jednak jestem właśnie tu. Siedzę, piszę ten tekst i pytam siebie, czy na pewno nie jest już za późno? By zacząć od nowa? Ale jak to zrobić? W którą stronę postawić ten pierwszy krok. A jeśli zabraknie mi odwagi? Szczęścia? A jeśli szukając tego, czego pragnę, stracę to, czego naprawdę potrzebuję?

Wciąż nie wiem, jaką postacią własnego filmu jestem. Tą, która podąża za marzeniami, czy może tą, która układa sobie życie w wygodnej pierzynie dobrej przecież codzienności. Tą, która się poddaje? Tą, która chce wszystkiego, a może tą, która już wszystko ma?

Och życie, śmieszy mnie dziś myśl, że kiedyś myślałam, że w wieku 30 lat będę mieć już wszystko poukładane, kiedy nie mam poukładane nawet w głowie.