10 myśli na koniec lipca

10 myśli na koniec lipca

Lato sprzyja wyciąganiu się na trawie, patrzeniu w niebo i rozmyślaniom. Łapcie moje 10 myśli na koniec lipca i dzielcie się swoimi!

***

Lato mija jak przerwa w szkole. Zdecydowanie za szybko. Ledwo co plecak zobowiązań rzucony niedbale pod ścianę, żeby biegać po szkolnych korytarzach, a już znów trzeba go zarzucić na plecy i usiąść sztywno w ławce, by odrobić kolejną życiową lekcję.

***

Dziwne lato tego lata mało mamy. Proporcjonalne do dziwności czasów. W moich ruchach brak tej wakacyjnej swobody. Sukienki powiewają na letnim wietrze, ale moim krokom jakoś brak wiatru a głowie słońca. Jest dobrze, ale to takie dziwne pandemiczne dobrze. Pewnie wiecie, co mam na myśli.

***

Trochę jakby to lato się nam zgubiło. Nie ma hitów lata. Nie ma letnich must have w modzie. Nie ma nawet letniej presji na bikini body (choć to akurat dobrze). Jest za to lato jakieś zaspane, kartka z kalendarza, choć zupełnie pusta, bo nawet planów na lato nie ma za bardzo.

***

Jeśli mogłabym przez całe życie chodzić tylko w dwóch parach butów, to byłyby to zdecydowanie japonki zamienne na trampki. Jestem wierna tej filozofii od lat, to chyba taki mój mały bunt, bo pamiętam te ciągłe kłótnie z rodzicami, którzy prosili mnie, żebym chociaż do kościoła czy na rodzinne imprezy zakładała inne obuwie, mówiąc „kiedyś dorośniesz i zrozumiesz”. Wybaczcie rodzice. Lato to taka cudowna pora, kiedy do swojej filozofii mogę stosować się w zupełności.

***

Jeśli jest coś, z czym się nigdy chyba do końca nie pogodzę w dorosłym życiu, to z długością urlopu. Zawsze już będę tęsknić za wakacjami długimi jak guma do żucia, ciągnącymi się dniami, pędzącym czasem, nudą, zabawą, wstawaniem w sam raz na obiad i kładzeniem się spać, kiedy rodzice wstają do pracy.

***

Mam takie wspomnienie z dzieciństwa, kiedy nagle sobie uświadamiam, że dorośli mają takie krótkie wakacje. Pamiętam to dokładnie. Stoję obok kuchni naprzeciwko kalendarza, gdzie krzyżykami wykreślone są dni urlopu rodziców. Tylko dwie linijki. Na jednej stronie. I mama ze śmiechem komentująca, że też mnie to czeka. I ta obietnica małej Asi, że nigdy, ale to nigdy się na to zgodzi. No cóż, nie będę kłamać. Wciąż się z tym szalenie nie zgadzam.

***

Lato to czas, kiedy wychodząc na spacer z psem, trzeba jedynie wsunąć nogi w klapki. Nienawidzę porannych spacerów z psem. Kocham poranne spacery z psem, kiedy odkryte stopy moczy mi poranna rosa.

***

Trochę mi się miesiące zlewają w całość jak za czasów wakacji, za którymi tęsknię. Miałam zamiar napisać tekst o lipcu, spojrzałam w kalendarz i dodałam do tytułu „koniec”. Trochę jak w te poranki, kiedy dziwisz się na dźwięk budzika o 7 rano w sobotę i nagle orientujesz się, że jest środa.

***

Lipiec to taka sobota wakacji. Sierpień to niedziela. Czas przypominania, że już za chwile trzeba będzie wrócić do mniej leniwego rytmu. Czas przeciągania się i uciekania jeszcze przez chwilę. Udawania, że nie widzi się żółciejących liści. Coraz szybszych wieczorów. I doceniania, że jeszcze dni wciąż dłuższe są od nocy.

***

Koniec lipca to mówienie „o patrz, już się ściemnia, a tydzień temu o tej porze jeszcze było jasno”. To przebieranie długich spodni na wieczorny spacer. I zastanawianie się, czy na pewno ma się jakąś kurtkę i buty na nadchodzącą jesień. Póki co idę jednak przez życie w trampkach i japonkach, pozwalając wiatru pociągać mnie za rąbek sukienki.

A ja Wam życzę słońca w głowie niezależnie od pogody!