Nie musisz tworzyć swojej Success Story

Nie musisz tworzyć swojej Success Story

Cześć Lamy! Dziś opowiem Wam historię. Historię mojego sukcesu.

„What’s YOUR success story?” – spytał mnie ostatnio ktoś na korpo praniu mózgu szkoleniu. „Musisz po prostu stworzyć swoją success story”, powiedziała kumpela, gdy głowiłam się nad napisaniem rocznego podsumowania swojej pracy. Success story w świecie zamkniętym w szklanych budynkach to coś jak slogan. Porażki są tylko stopniem, o który musisz się potknąć na schodach do sukcesu. Problemy? Zapomnij. Nie ma problemów. Są wyzwania. Niepowodzenia dają nam lekcje. Kształtują nas. Szkoda, że ta cała success story to tak naprawdę bullshit story.

Moje życie nie jest drogą do sukcesu i o matko, oby nigdy się nią nie stało. Bo tak się składa, że kiedyś szłam tą drogą i co z niej pamiętam? Pot, zmęczenie, zadyszkę i tysiące ludzi, którzy mnie wyprzedzali. Bo ZAWSZE jest ktoś lepszy. ZAWSZE jest ktoś szybszy. Ktoś sprytniejszy. A kiedy w ślepym pędzie pot przysłaniał mi oczy, mijałam. Mijałam się ze znajomymi, z najbliższymi. Ze swoimi prawdziwymi pasjami. Z prawdziwymi, istotnymi dla mnie wartościami. Z zupełnie bezsensownymi chwilami, które nadają sens. Leżenie na dworze i patrzenie w niebo. Bose stopy w pierwszy ciepły wiosenny poranek. „Ten” uśmiech mojego faceta, kiedy spotykamy się w tramwaju, wracając razem z pracy. Ręka w sierści psa. Jego mokry nos na moim łokciu. Telefon do rodziny. Czytanie do późna w nocy. Bezsensowne oglądanie seriali. Rozmowy o niczym. I śmianie się z byle czego. To jest moje story. To najważniejsze story, jakim mam ochotę wypełniać swoje dni.

Porażki są porażkami. Bolą jak uderzenie prosto twarz. Upokarzające. I masz wrażenie, że wszyscy widzą Twoje czerwone policzki. Oby mogły stać się stopniem, o który się potykamy na schodach do sukcesu. Obyśmy jak najszybciej potrafili się z nich otrząsnąć. Jednak porażki i tak pozostaną porażkami. Z kolei problemy są problemami. Często obleśnymi, wiążącymi w supeł krtań i ręce. Unieruchamiającymi strachem. Wykręcającymi nas jak starą ścierkę, z której skraplają się nasze łzy. Nawet jak posypiemy te problemy brokatem, nawet jak nazwiemy je wyzwaniami, to wciąż będą tym samym. I będzie się za nimi ciągnąć ten sam odór. Cytując klasyka: „Czym jest nazwa? To, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało”.

Dlatego nie przejmuj się, jeśli nie masz żadnej suckess story. Ja nie mam. I coś mi się zdaje, że nikt nie ma. Nawet Ci, którzy je opowiadają.

Lubię pisać. Lubię żonglować słowami. Bez problemu przebrałabym swoje porażki szatę sukcesu. Wszystkie potknięcia zamieniłabym w drogę do sukcesu. Problemy w wyzwania. Zapomniałabym o tym, co mnie codziennie pcha do przodu. Zaczęłabym biec. Znów na oślep.

Każdy może stworzyć swoją success story, problem w tym, że jak wiele opowieści, zawiera ona elementy prawdy i fikcji. Problem w tym, że nie musimy posiadać takiej historii, żeby być kompletni. Żeby czuć się szczęśliwymi. Spełnionymi. Dawno nie czułam się tak spełniona, jak wtedy, gdy przestałam tak biec. I wiecie co? Sukcesy czasem przychodzą. Pracuję na nie z większą swobodą. Ale mogłabym nie pracować wcale. I wcale ich nie odnosić. Zresztą wiele rzeczy, które uznaję za swój własny sukces, ktoś mógłby uznać za coś śmiesznego. Dla mnie nie liczy się sukces. Liczy się story. I to, że by to była tylko moja (tylko Twoja) opowieść. Nie pozwól nikomu jej przeredagować.

Tulę i głaszczę Waszą wewnętrzną Lamę za uszkiem!