Syndrom poniedziałku. Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem?*

Syndrom poniedziałku. Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem?*

Syndrom poniedziałku mamy chyba wpisany w psychikę, coś jak cecha rozwojowa naszego gatunku. Mnie dopada nawet podczas urlopu(?!), wyobrażacie sobie? Nagle zaczynam czuć presję, rozliczać się z tego, czego nie zrobiłam, a pewnie powinnam i dopada mnie stres przed jutrem. Nawet jeśli w planie na poniedziałek mam jedynie sączenie drinków gdzieś pod palemką. Tym razem niestety cedzić będę kawę pod ciężarem nieprzeczytanych maili i innych „to do” list. Lubię swoją pracę, ale nie będę ukrywać, że znacznie bardziej lubię sączyć te drinki. Pisać teksty na bloga zamiast służbowych wiadomości. Gadać ze znajomymi zamiast rozmawiać na telekonferencjach. Głaskać psa zamiast dopieszczać projekty.

Dlatego dziś siedzę, próbuję złapać oddech i nie być tym człowiekiem, w którego tak kiedyś nie chciałam się zmienić. Tego, który nad niedzielnym schabowym, stęka, że weekend weekend i po weekendzie, no i że znów od nowa, że się nie chce, że znów byle do piątku. Nie chciałam być puzzlem w tej szarej układance. A jednak co niedzielę dopada mnie ten stan. Dopada mnie syndrom poniedziałku.

Zapadam się w tym uczuciu jak w jakiejś miękkiej glinie, próbując z niej coś ulepić. Zupełnie jak w dzieciństwie, kiedy bawiłam się w piaskownicy, z radością znajdując glinę, która po latach okazała się (dosłownie) g*** warta. No i ja dziś tak rzeźbię w tym niewdzięcznym materiale, ale już niestety wiem, co to jest. Dziecięca ciekawość została zaspokojona i już wiem, że nie warto tak często pytać, co to, po co i dlaczego. Dlaczego? No dlaczego? Dlaczego jeszcze w piątkowe popołudnie byłam królową życia, świat leżał u mych stóp, a dziś potykam się o niego i leżę jak długa. „Tak to ja, leżę tu, jestem piękna jak ze snu, tylko oczy podkrążone i zgubiłam gdzieś koronę” (Los Trabantos).

Wiem, że niektórzy mówią, że syndrom poniedziałku tkwi w człowieku, że to nie poniedziałku nienawidzisz, ale swojego życia. Ja nie do końca się z tym zgodzę, ale może dlatego że poniedziałku faktycznie nie nienawidzę, trzymam raczej chłodny acz uprzejmy dystans. Myślę, że to raczej kwestia tego, że podczas weekendu możesz być kim chcesz. Możesz być superpoważnym człowiekiem w piżamie. Odpowiedzialnym dorosłym śpiewającym fałszywie piosenki przy akompaniamencie alkoholu i zegara, który już dawno wybił godzinę nocnej ciszy (to znaczy tego teoretycznie nie możesz, ale niech pierwszy rzuci kamieniem, kogo nigdy imprezowe dźwięki nie podniosły w tę stronę). Obowiązkowym pracownikiem schowanym pod kocem zniewalającego lenistwa. Rozsądnym człowiekiem śmiejącym się głupio i bez powodu.

A w niedzielę cóż. Zaczyna się syndrom poniedziałku. Świat zaczyna powoli upominać się o Ciebie. I już wiesz, że przez kolejne dni więcej będzie „trzeba” niż „chcę”. Więcej „na wczoraj” niż „za chwilę”. Więcej obowiązków niż przyjemności. Więcej prozy życia niż śmiesznych seriali na Netflixie. Więcej przeszywającego dźwięku budzika niż nuty w Twoim rytmie.

Od jutra znów trzeba będzie być superpoważnym odpowiedzialnym człowiekiem, obowiązkowym pracownikiem, rozsądnym człowiekiem. Znów trzeba będzie grać w tę grę. Grę, którą nawet lubię, choć moja ulubiona runda rozgrywa się od piątkowego wieczoru. Co zrobisz? Nic nie zrobisz? Możesz jedynie trochę ponarzekać, pomarudzić i do końca dnia jeszcze nie dać się światu. Ja próbuję.

A jak tam u Was? Znacie syndrom poniedziałku?

* Wisława Szymborska