Kiedy można sobie odpuścić?

Kiedy można sobie odpuścić?

Kiedy można sobie odpuścić? Pytanie zadane w tytule jest podchwytliwe. Świat chętnie by je podchwycił, dopingująco krzycząc: NIGDY! A ja? A ja znów szukam granicy własnej wytrzymałości. Bez skutku. Wciąż naginam ją jak gumę, przez którą skakałam w dzieciństwie. Czuję, że jeszcze kilka kroków i polecę na pysk. Nieważne. To dla mnie nieważne. Znów liczy się efekt i to, ile zdołam z siebie wycisnąć.

Piszę tu czasem niby takie mądre teksty (a przynajmniej w momencie pisania wydaje mi się, że są mądre, że oto już wiem, no może nie wiem, jak trzeba żyć, ale wiem jak żyć nie warto), a potem znów wpadam w pułapkę zastawioną przez moją głowę. I znów siebie pytam, gdzie jest granica? Kiedy sobie odpuścić? Odpowiedź znów brzmi: jeszcze nie teraz.

Tęsknię za pisaniem, kiedy czułam, że słowa we mnie pęcznieją, że muszę je uwolnić, za tym jak drżały mi kolana, jak biegłam często ciągnąc za sobą zdyszanego psa w samym środku spaceru, bo czułam, że to już, że muszę jak najszybciej położyć ręce na klawiaturze. Ostatnio nawet z tego zrobiłam swój obowiązek, z którego rozliczam się lepiej niż bank z zaciągniętej pożyczki. I na zdecydowanie wyższy procent.

A w mojej głowie znów zamieszkały głosy. Tak, słyszę głosy. One mówią mi, co mam robić. Zresztą mówią mi też wiele innych rzeczy. Prosty przykład. Siedzę w pracy, zawalona robotą. Piszę do mnie szef, czy nie pomogłabym mu w jednej sprawie i że nie powinno zająć to dużo czasu. Głos mówi „masz przechlapane, musisz to zrobić jak najszybciej, bo inaczej będzie to oznaczać, że nie dajesz rady”. Odpisuję pod koniec dnia, bo ten dzień nie był dla mnie najmilszy. Odpisuję pełna nerwów, bo wiem, że zawaliłam. Głos w mojej głowie sugeruje szukanie nowej pracy. Wysyłam maila. Po kilku minutach dostaje podziękowanie za to, że tak szybko i sprawnie to ogarnęłam. Historia mojego życia w pigułce.

Kiedy indziej siadam do pisania. Piszę pierwsze zdanie. Głos mówi, że o rany, jakie ono jest do bani i w ogóle heloł, już chyba pisałaś coś podobnego i może czas się pogodzić, że się skończyłaś. Nic już nie napiszesz, nie masz nic nowego do powiedzenia, możesz być jedynie jak ten wąż, co gryzie swój własny ogon. W rezultacie nic nie piszę, bo wiadomo. Bez sensu. Przyznaję głosowi rację. Punkt dla niego.

Idę więc na spacer. Odpocząć. Odpocząć, choć nie zasłużyłam. Wmawiam sobie, że to odpoczynek, w środku krzyczę na siebie „patrz dziewczyno na te przeklęte niebo i się zrelaksuj”!! W głowie mi stuka wciąż lista tego, czego nie zrobiłam, a co powinnam. Punkt nie wiem, dla kogo. Ale na pewno nie dla mnie. Ja przegrywam.

Znów przegrywam. Przegrywam, bo znów nie robię tego, co myślę, że powinnam robić. A może przegrywam, bo znów zgubiłam ten punkt, w którym powinnam odpuścić. I znów wydaje mi się, że minęłam go jakieś kilka kroków temu. Wtedy, kiedy oczu jeszcze nie zalewał mi pot.

Piszę Wam o tym, żeby powiedzieć Wam o tym, żebyście wiedzieli, że mi też nie wychodzi, choć chyba nigdy nie próbowałam tu zgrywać zwycięzcy. A może pisze Wam o tym, bo znów przegrałam walkę i zamiast odpoczywać, próbuje cokolwiek sensownego zrobić. Sami zgadnijcie…