Nie jesteś tym, kim miałeś być.

Nie jesteś tym, kim miałeś być.

Nie wiem, czy to tylko ja i moja głowa, ale coś mi się zdaję, że Ty też. Od lat konsultuję swoje życie z kimś jeszcze. Weryfikuję swoje decyzje, zwłaszcza te życiowe. Uważnie obserwuję jej reakcje, doskonale wyłapuję każdy grymas niezadowolenia na twarzy. Mój wewnętrzny krytyk bardzo często jest małą dziewczynką, z ciasno spiętą kitką, która zdecydowanie za mocno eksponuje zbyt wysokie czoło, z uważnie patrzącymi zielonymi oczami i nieśmiałym uśmiechem. Tak, to Asia z przeszłości. I wiecie co? Przeglądam ostatnio swoje pamiętniki i zdałam sobie z czegoś sprawę. Tamta Asia już nie istnieje. Nie jestem tamtą osobą. Nie jestem nawet osobą, którą miałam być. Znasz to uczucie?

Ostatnio spędzam wieczory oglądając po raz kolejny serial „Jak poznałem Waszą matkę”. Pierwszy raz widziałam go na studiach i był dla mnie po prostu śmiesznym sitcomem. Dziś lat mam trzydzieści i czuję, jakbym obserwowała go na nowo, bo dylematy bohaterów w moim tym razem wieku są mi znacznie bliższe. Niedawno natrafiłam na odcinek będący trochę odpowiedzią na moje dylematy. Jeden z bohaterów miał wątpliwości, czy na pewno jest w miejscu, w jakim miał być i postanowił podjąć decyzję, która nie do końca była zgodna z zasadami, jakie kiedyś wyznawał. Jego żona była trochę zawiedziona, aż w końcu odwiedziła wyimaginowane muzeum wymarłych gatunków i jednym z nich był wymarły już gatunek jej męża z czasów studiów. Smutne? Trochę. Prawdziwe? Jak najbardziej.

Oczywiście to nie tak, że całkowicie sprzeniewierzamy się ideałom, w które kiedyś wierzyliśmy, a których obiecywaliśmy sobie nie porzucać. Że je zdradzamy. Zapominamy. Po prostu, dorastamy i trochę kostniejemy, obrastamy skorupą naszych doświadczeń – dobrych i złych, sukcesów i pomyłek, błędów i nowych spostrzeżeń, widokami na nowe perspektywy i jakąś przypisywaną dorosłości racjonalnością. Tamta Asia jest wymarłym gatunkiem, ale Asia przecież wciąż istnieje. Jest po prostu nową wersją, najnowszym modelem, który ma wiele usprawnień, ma też zupełnie inny design, nowe oprogramowanie, choć przecież i tak często się psuje. Zawsze zostaje jakaś oś tego, kim naprawdę jesteśmy od zawsze. Jakaś esencja. I za tą esencją i chyba tylko za nią warto odwracać się za siebie. Jak ją znaleźć? Chyba tylko metodą prób i błędów. Destylacja tego, co ważne od tego co już się przeterminowało nie jest niestety łatwa. Nikt nie przykleił przecież naszym myślom, poglądom czy wartościom etykiety ważności. Cóż, ja myliłam się już sporo razy, brnąc za tym, co już przecież się nie liczy. Chcąc zaimponować koleżankom z podstawówki, nauczycielom z liceum, ludziom z dawnej pracy czy po prostu tej osobie, którą kiedyś byłam. A którą nigdy już nie będę.

Nie jestem już Asią – kujonką, choć został we mnie uparty perfekcjonizm. Nie jestem już Asią – imprezującą studentką, choć przecież lubię się rozerwać w ograniczonym towarzystwie. Nie jestem już Asią – oderwaną od rzeczywistości marzycielką, choć kilka marzeń wydestylowanych z tych innych przecież wciąż trzymam blisko serca, choć czasem myślę, że śmieszne są te myśli moje durne i chmurne. Nie jestem też Joanną, którą Asia, chciała zobaczyć. Nie jestem pisarką. Jestem trybikiem korporacyjnej maszyny, który czasem naskrobie coś i wypuści z szuflady do wirtualnego świata. Nie mam ułożonego życia, choć staram się trzymać względny porządek… aż do kolejnego przemeblowania czy innej życiowej wichury. Nie założyłam jeszcze rodziny, ale mam psa i wspaniałego faceta i coraz częściej myślę, że to całkiem niezły początek. Jest też kilka rzeczy, z których mój mały krytyk byłby zadowolony. Jestem zakochana ze wzajemnością już od jakichś 14 lat. Realizuję plany, jakich wcześniej nie miałam. Spełniam marzenia, które kiedyś nie istniały w mojej głowie. Rozwijam się w pracy, która leży jakieś tysiące kilometrów od mojej strefy komfortu i czerpię z tego satysfakcję. Czasem boję się zasnąć. Czasem budzik świdruje w moim brzuchu jamę strachu i zwątpienia. Czasem kładę się spać spełniona. Budzę się przytulona do życia, które kocham. Czasem jestem szczęśliwa. Czasem wściekła, smutna, przerażona. Najważniejsze jednak, żebym to była JA. Żebym to JA była zadowolona lub nie. A nie wymarła wersja mnie czy te wszystkie inne osoby, które gdzieś mają mój wyścig. Naprawdę nie muszę już imponować komuś, kim kiedyś byłam. Kto już nie istnieje. Ty też nie musisz, wiesz o tym?